Część 1:
Kwiaty były jaskrawe, za jaskrawe – jak sygnalizacja świetlna, której nie zauważa się, dopóki nie jest się już na skrzyżowaniu. Tuzin czerwonych róż, owiniętych w biały jedwab, stał na baczność w wazonie, który nie pasował do mojego biurka. Mała kartka ukryta między płatkami. Szczęśliwych Walentynek. Z miłością, M.
Nie jestem typem człowieka, który dostaje kwiaty w pracy. W naszym biurze – prostokątnym, otwartym pokoju pełnym rozgadanych konsultantów i wiecznie przemieszczających się wózków z przekąskami – prezenty są zazwyczaj bardziej praktyczne. Karty podarunkowe na kawę. Whisky na lotnisku dla tych, którzy podróżują. Kiwająca głową Cubs, jeśli ktoś cię dobrze zna. Róże były widowiskowe: bujne, teatralne, o pięknie, które sprawia, że cisza zapada, choćby na sekundę.
„Ktoś go pokochał” – powiedział Chad ze sprzedaży, przeciągając spółgłoski, jakby ich smakował.
„Ktoś próbuje uzyskać przebaczenie” – powiedziała Carla, przechodząc obok i nie odrywając wzroku od stosu faktur, które trzymała w rękach.
Carla miała cięty dowcip osoby, która kiedyś studiowała medycynę, a teraz równoważy budżety. Była jedyną osobą w budynku, która potrafiła uciszyć Chada bez używania języka dozwolonego przez dział HR. Była już w połowie drogi do drukarki, gdy zapadła cisza.
Zatrzymała się.
Obrócony.
Przyglądałem się aranżacji.
To było jak obserwowanie muzyka, który słucha starej piosenki i przypomina sobie akord, o którym wolałby zapomnieć. Jej twarz się zmieniła – bez sarkazmu, bez wzruszenia ramionami. Tylko przerażenie.
Pokonała dystans czterema szybkimi krokami, położyła faktury na rogu biurka i sięgnęła po mój nadgarstek. Jej paznokcie wbiły się w moją skórę niczym półksiężyce.
„Wyrzuć je” – powiedziała. „Teraz. Nie dotykaj ich więcej”.
Mrugnęłam. „To kwiaty”.
„Nie rób tego” – powiedziała cicho. „Po prostu… nie rób tego. Idź do szpitala. Powiedz im, że potrzebujesz badania na obecność toksyn kontaktowych. Powiedz, że dotknąłeś płatków. Powiedz, że masz zawroty głowy”.
„Nie mam zawrotów głowy.”
„Będziesz.”
Jej ton nie był dramatyczny – był kliniczny. Wcześniej, zanim zaczęła żyć w arkuszach kalkulacyjnych, mieszkała na izbach przyjęć. Spojrzałem na jej dłoń na moim nadgarstku, a potem na róże. Łodygi lśniły w świetle jarzeniówek. Wilgotne. Zbyt wilgotne. Jakby coś zostało nałożone pędzlem i nie wyschło do końca.
Biuro wokół nas tętniło życiem. Dzwoniły telefony, śmiechy, drukarka wypluwała strony. I nagle powietrze zrobiło się rzadkie, jakby pokój był słoikiem, który ktoś mocno dokręcił. Zapach unoszący się w bukiecie wydawał się cięższy niż powinien – słodki, wręcz metaliczny. Przełknęłam ślinę.
„Co mówię na pogotowiu?” – zapytałem. Mój głos brzmiał jakby dochodził z oddali.
„Dokładnie to samo” – odpowiedziała. „I powiedz im, że nie umyłeś rąk”.
“I-“
Ścisnęła mocniej i po raz pierwszy, odkąd tu jestem, głos Carli zadrżał. „Proszę, Marcus. Zaufaj mi. Idź”.
Nie zadawałam pytań. Nie spakowałam laptopa. Wstałam, zostawiłam kwiaty na biurku niczym szkarłatną latarnię morską i wyszłam w płaszczu na wpół nałożonym.
W windzie wyciągnąłem kartkę z kieszeni. Szczęśliwych Walentynek. Z miłością, M. Moja żona podpisywała się inicjałem tylko wtedy, gdy była nieśmiała – albo gdy chciała się wyróżnić , nie podbijając go zbyt głośno. „Niespodzianka, czekasz na mnie” – napisała SMS-a tego ranka. Uśmiechnąłem się i wyobraziłem sobie niepotrzebne czekoladki albo rezerwację w miejscu, na które ledwo nas było stać.
Teraz karta paliła mnie w palcach.
W popołudniowe popołudnie w Mercy Northwestern słychać jedynie drobne tragedie rozgrywające się przy niskim poziomie głośności. Chłopak z ortezą na nadgarstku i dzielną miną. Starszy mężczyzna kłócący się z księgową o bezsensowną kwotę. Kobieta w fartuchu poruszająca się z impetem kogoś, kto żyje dzięki kawie i wierze, że czas minie.
Powiedziałam pielęgniarce dyżurnej, że dotknęłam czegoś w pracy, a moja koleżanka z pracy – była studentka medycyny – kazała mi zrobić test na obecność toksyn kontaktowych. Spodziewałam się konsternacji, uniesionej brwi, znudzonego wzruszenia ramion. Nic takiego się nie wydarzyło. Spojrzała na moje dłonie, na delikatny połysk na opuszkach palców, a jej twarz znieruchomiała.
„Nie dotykaj oczu” – powiedziała, kierując mnie w stronę umywalki. „Umyj je mydłem i ciepłą wodą. Powoli. Potem zrobimy wacik”.
„Widzisz coś?” zapytałem.
„Widzę, że ktoś przyjmuje dobre rady” – powiedziała.
Miała na sobie fioletowe rękawiczki nitrylowe i prosty kucyk. Przeniosła mnie do sali z zasłoniętymi zasłonami, pobrała krew, pobrała wymaz z dłoni i spod paznokci, podniosła jeden z moich mankietów, jakby bała się, co tam może być. Słowa „łańcuch dowodowy” padły cicho między pielęgniarką a technikiem laboratoryjnym – jakbym była dowodem rzeczowym, a nie osobą.
Asystent lekarza o łagodnym spojrzeniu i zmęczonych ramionach poprosił mnie o opisanie kwiatów. Opakowania. Zapachu.
„Słodkie” – powiedziałem. „Za słodkie”.
„Jakieś zawroty głowy?”
„Po prostu… sama myśl.”
Uśmiechnęła się bez cienia humoru. „Dobrze. Nie bądź bohaterem”.
Położyłem się na noszach i patrzyłem, jak akustyczne płytki układają się w szachownicę. W szpitalach zawsze czuć, jakby ktoś próbował dogadać się ze śmiercią, nie informując nas o przebiegu negocjacji. Starałem się oddychać równo. Wdech. Wydech. Zegar nad kurtyną tykał jak metronom z urazą.
Dwie godziny później wróciła z radiologiem i wydrukiem, który wyglądał, jakby leżał na stole laboratoryjnym, a nie przy łóżku pacjenta. Asystentka lekarska nie usiadła. Nie złagodziła ciosu wstępem.
„Zostałeś narażony na działanie neurotoksycznego związku” – powiedziała. „Bardzo mała dawka. Twoja skóra wchłonęła śladowe ilości. Szybko się umyłeś. To pomogło. Gdybyś miał z nimi więcej do czynienia, rozmawialibyśmy inaczej”.
Wpatrywałem się w nią, a potem w kartkę. Słowa były w obcym języku, pełnym tabel i jednostek. Złapałem wystarczająco dużo. Aktywność acetylocholinoesterazy. Objawy cholinergiczne. Profil hamowania. Jedna kolumna migała na czerwono.
„Czy ja… wszystko w porządku?” zapytałem.
„Jesteś tutaj” – powiedziała. „I przyszedłeś wcześnie. To się liczy. Zatrzymamy cię na obserwacji, podamy ci coś, co opatrzy to, co zostało, i będziemy monitorować twoje funkcje życiowe. Masz pojęcie, jak to się stało?”
„Dostałem kwiaty” – powiedziałem. „Od żony”.
Czasami twarz mówi więcej niż zdanie. Nie drgnęła, ale jej oczy lekko się zwęziły – jak przysłona w aparacie, która się przymyka, żeby zrobić ostrzejszy obraz. Zapisała coś na tablicy, mimo że wszystko było elektroniczne. Nawyk. Ludzka potrzeba zaznaczania, gdy rzeczywistość staje się absurdalna.
„Zadzwonimy po toksykologię” – powiedziała. „I po ochronę”.
“Bezpieczeństwo?”
„Nie zdarza się codziennie, żeby bukiet próbował kogoś zabić.”
Wyszła. Znów wpatrywałam się w kartkę – „Z miłością, M” – i poczułam ucisk w piersi. Słowa takie jak „wstrzymanie absorpcji” i „wczesne wykrycie” spływały po mnie, nie wchłaniając się. Były jak olej na wodzie. Wszystko zsunęło się z powierzchni mojego umysłu i zebrało się gdzieś, gdzie nie mogłam dostrzec.
Nie myślałem o receptorach ani antidotach. Myślałem o perfumach mojej żony, o tym, jak spryskała pościel wczoraj wieczorem niczym swój podpis, o tym, jak się uśmiechnęła, kiedy wspomniałem o walentynkowej niespodziance, o cierpliwości w jej głosie, jakby odliczała godziny.
A pod tym wspomnienie: trzy tygodnie temu znowu poruszyłem temat terapii, a ona powiedziała: „Wszystko w porządku” z takim jasnym nastawieniem, jakby nie chciała świadków.
Kiedy wszedłem do naszego apartamentu tej nocy, pachniało w nim cytrynowym środkiem czyszczącym i resztkami pizzy, której, jak twierdziła, nie zje, a zawsze jadła. Lampy rzucały tę poświatę hotelowego lobby, którą tak lubi – ciepłą, wyrozumiałą, niczym filtr dla prawdziwego życia.
Siedziała na kanapie, ze skrzyżowanymi nogami, z kieliszkiem wina w dłoni. Kościste, kanciaste kształty i wyćwiczona, swobodna postawa. Miała na sobie za duży sweter, który kiedyś należał do mnie.
„Róże dotrą w porządku?” zapytała swobodnym tonem, niczym w dymku wiadomości.


Yo Make również polubił
10 przyczyn nieprzyjemnego zapachu moczu i co należy zrobić dalej
Ciasteczka migdałowe w kształcie śnieżek z nadzieniem malinowym
Jak zrobić mąkę samorosnącą
Nasiona papai – domowy skarb, który może zastąpić aptekę