Kieliszek szampana uderzył o marmurową podłogę niczym strzał z pistoletu.

Roztrzaskany kryształ, Dom Pérignon rozpryskiwał się w zwolnionym tempie na polerowanym kamieniu, rozpryskując się w abstrakcyjny wzór na włoskich skórzanych butach, które kosztowały więcej niż mój pierwszy samochód.

Nie drgnąłem.

Nie spuszczałem wzroku z Harolda Blackwooda.

Stał na czele swojego sześciometrowego mahoniowego stołu jadalnego, jakby był właścicielem tego pomieszczenia, i rzeczywiście nim był. Technicznie rzecz biorąc. Twarz miał zarumienioną od drogiego wina i ulubionego narkotyku: kontroli.

„Moja córka zasługuje na coś lepszego niż śmieci” – oznajmił.

Słowa te unosiły się nad importowanym kryształem, białym lnem i kawałkami łososia za 40 dolarów, nad starannie ułożonymi twarzami jego przyjaciół z klubu golfowego, kolegów z drużyny, młodszych wspólników i przerażonej rodziny.

„Uliczni śmiecie” – wyjaśnił, unosząc ponownie napełniony kieliszek. „Ubrani w pożyczony garnitur, udający, że należą do naszego świata”.

Nastała cisza tak głośna, że ​​aż można było wybić szyby w oknach.

Dwadzieścia trzy pary oczu przesunęły się między Haroldem a mną. W powietrzu, gęstym jak dym cygara, czuć było kalkulację.

Nikt znikąd umawiający się z księżniczką.

Król w końcu powiedział to, co wszyscy podejrzewali, że myślał.

Nie spieszyłem się.

Złożyłam serwetkę – grubą białą tkaninę, która prawdopodobnie kosztowała więcej niż czynsz za moje pierwsze mieszkanie – i położyłam ją obok nietkniętego talerza z łososiem, którego ktoś polał sosem, którego nazwy nie potrafiłam wymówić.

Wstałem.

„Dziękuję za kolację, panie Blackwood” – powiedziałem.

Mój głos był pewny. Zaskoczyło to nawet mnie.

„I dziękuję” – dodałem – „że w końcu szczerze opowiedziałeś o tym, co czujesz”.

Palce Sophii owinęły się wokół moich palców pod stołem niczym tonący chwytający się koła ratunkowego.

„Adrien, nie”. Jej głos się załamał. „Proszę. On jest pijany”.

Ścisnąłem jej dłoń, a potem delikatnie puściłem.

„W porządku, kochanie” – powiedziałem. „Twój ojciec ma rację. Powinienem znać swoje miejsce”.

Uśmieszek, który w tym momencie pojawił się na twarzy Harolda, był czymś, co chciałoby się uchwycić w wysokiej rozdzielczości. Zadowolony z siebie grymas człowieka, który myśli, że wygrał, który wierzy, że z powodzeniem zapędził szczura z powrotem do rynsztoka.

Gdyby tylko wiedział.

Wyszedłem z jadalni z podniesioną głową. Minąłem Moneta wiszącego w korytarzu jak tapeta. Minąłem umundurowany personel, który nagle uznał swoje buty za bardzo interesujące. Minąłem Bentleya na podjeździe, o którym Harold „od niechcenia” wspomniał, że kosztował więcej, niż zarobię w pięć lat.

Źle ocenił sytuację.

Ale to był problem na później.

Sophia dogoniła mnie przy moim samochodzie – mojej praktycznej Hondzie z kilkoma zadrapaniami i najniezawodniejszym silnikiem na świecie – akurat w chwili, gdy odblokowałem drzwi od strony kierowcy.

„Przepraszam bardzo” – szlochała, a tusz do rzęs groził zerwaniem powłoki. „Nie miałam pojęcia. Nie wiedziałam, że on…”

„Hej, hej”. Przytuliłem ją do piersi. Pachniała drogimi perfumami, które kupiłem jej na urodziny, i solą jej łez. „To nie twoja wina”.

„Porozmawiam z nim” – powiedziała mi w koszulkę. „Zmuszę go do przeprosin. Sprawię, że…”

“NIE.”

Wsunąłem luźny kosmyk ciemnych włosów za jej ucho. Boże, kochałem tę kobietę. Za bardzo, żeby pozwolić jej robić to, co bogate dzieciaki potrafią najlepiej: łatać strukturalny rozkład ładnymi słówkami.

„Koniec z przepraszaniem za niego. Koniec z wymówkami. Powiedział to, o czym myślał przez ostatni rok. Przynajmniej teraz wiemy, na czym stoimy”.

Spojrzała na mnie tymi dużymi orzechowymi oczami, tymi samymi, którymi powaliła mnie na ziemię, gdy pierwszy raz oblała mnie kawą na sali wykładowej Uniwersytetu Yale.

„Adrien, proszę, nie pozwól mu nas zrujnować.”

„Nie może zniszczyć tego, co prawdziwe” – powiedziałem.

Przynajmniej tak mi się wydawało.

Pocałowałem ją w czoło i odsunąłem się.

„Zadzwonię jutro, okej?”

Skinęła niechętnie głową, jakby chciała powiedzieć, że jeśli poruszy się zbyt szybko, to zniknę.

„Okej” – szepnęła.

Wsiadłem do samochodu.

Odjeżdżając, spojrzałem w lusterko wsteczne.

Posiadłość Blackwoodów kurczyła się w oddali, niczym pełen smaku pomnik dawnych pieniędzy i dawnych uraz. Jej światła lśniły na tle nocnego nieba jak gwiazdy, których rzekomo nigdy nie dosięgnę.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama