Delikatnie, zmuszając ręce do uspokojenia drżenia, odsunąłem kołnierzyk jej przemoczonej piżamy. Spodziewałem się zaczerwienienia. Spodziewałem się siniaka.
Nie spodziewałem się marki.
Tam, na jej łopatce, widniał głęboki, fioletowo-czarny ślad. Nie był przypadkowy. Miał krawędzie. Grzbiety. Miał kształt tarczy z lwem na paszczy.
Herb rodziny Sterling.
Ciężki złoty sygnet, który mój ojciec nosił na prawej ręce. Nie tylko ją uderzył; uderzył ją z całą siłą swojej władzy, piętnując ją jak bydło.
„O mój Boże” – wyszeptałam. Wściekłość, która mnie ogarnęła, była nagła i absolutna. Było zimno, jak śnieg na zewnątrz.
„Znalazłam książkę” – wyszeptała Mia, sięgając drżącą ręką do kieszeni. „Wzięłam stronę. Czy dlatego mnie skrzywdzili?”
Wyciągnęła zmięty, mokry kawałek papieru. Rozłożyłem go ostrożnie.
To nie była strona z książki. To był wydrukowany dokument.
AKT ZGONY
Imię: Mia Sterling
Data zgonu: 25 grudnia 2024 r.
Przyczyna: Przypadkowa hipotermia
Dzisiaj był 24 grudnia.
Nie wyrzucili jej po prostu. Zaplanowali jej śmierć.
Część 2: Czarna owca i wilki
Zadzwonił mój telefon. Na ekranie pojawiło się zdjęcie posiadłości. „Dom” .
Wpatrywałam się w niego. Każdy instynkt podpowiadał mi, żebym jechała na komisariat. Ale wiedziałam lepiej. Komendant Miller był akurat na imprezie i pił whisky mojego ojca. Sędzia, który podpisał moje dokumenty adopcyjne – i Mii – pewnie zajadał się kanapkami.
Gdybym poszła na policję, Mia zostałaby „zwrócona kochającym rodzicom”, a ja zostałabym aresztowana za porwanie.
Potrzebowałem czasu. Potrzebowałem dowodów. A żeby je zdobyć, musiałem zagrać w tę grę po raz ostatni.
Odebrałam telefon.
„Liam?” Głos mojej matki był gładki, kulturalny i przesiąknięty jadem. „Gdzie jesteś? Senator cię woła”.
„Jestem przy bramie, mamo” – powiedziałem. Mój głos brzmiał spokojnie. Brzmiał jak głos kogoś innego. „Kod nie działa”.
„Ojej. Zamknęliśmy je wcześniej. Był… incydent”. Jej ton zmienił się, stał się konspiracyjny. „Widziałaś na drodze bezpańskiego psa? A może… Mię?”
„Mia?” zapytałem. „Czy ona zaginęła?”
„Dziecko jest chore, Liam” – głos mojego ojca dobiegł z tła. „Miała załamanie nerwowe. Zaatakowała twoją matkę. Zbiła wazon z dynastii Ming. Wybiegła w burzę. To patologiczna kłamczucha, synu. Niebezpieczna. Jeśli ją zobaczysz, nie wdawaj się w bójkę. Po prostu przyprowadź ją do wejścia dla służby. Czekają na nią lekarze, żeby ją uśpić”.
Spojrzałem na Mię w lusterku wstecznym. Płakała cicho, przyciskając nawiew do zamarzniętej twarzy.
„Widzę ją” – skłamałem. „Jest przy bramie. Wygląda… szaleńczo”.
„Złap ją” – rozkazał mój ojciec. „Przyprowadź ją do nas. Nie pozwól, żeby goście ją zobaczyli”.
„Nie mogę” – powiedziałem. „Ona się ze mną broni. Krzyczy. Jeśli ją teraz zaciągnę, wszyscy usłyszą. Senator zobaczy”.
Cisza na linii. Sterlingowie nie bali się niczego poza publicznym upokorzeniem.
„Co sugerujesz?” zapytała ostro moja matka.
„Zabiorę ją do mojego mieszkania” – powiedziałem. „To dziesięć minut drogi. Ogrzeję ją, uspokoję. Dam jej jakieś tabletki nasenne. Jak tylko goście wyjdą, przyprowadzę ją po cichu. W ten sposób nie zepsuję gali”.
Chwila ciszy. Wstrzymałem oddech.
„Dobry chłopiec” – powiedział mój ojciec. „Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na twoją lojalność. Zawsze byłeś wdzięczny. Trzymaj ją cicho, Liam. Albo będziemy musieli zająć się i tobą”.
Linia się urwała.
„Wdzięczny” – mruknąłem, rzucając telefon na siedzenie pasażera. „Doceniam, że się przyznałeś”.


Yo Make również polubił
Pyszne, zdrowe lody bez cukru: Idealna alternatywa na upalne dni
Oczyść gardło i płuca ze śluzu za pomocą tego przepisu – tylko 2 składniki
Muffinki z puree ziemniaczanym
Ciasto czekoladowo-kawowo-orzechowe: Idealna harmonia smaków, która rozpieszcza podniebienie