Biura kancelarii Grant, Harrison & Finch zostały zaprojektowane tak, by budzić grozę. Hol, znajdujący się na 50. piętrze, był jaskinią z ciemnego mahoniu, polerowanego mosiądzu i olejnych obrazów dawno zmarłych partnerów, którzy zdawali się oceniać twoją wiarygodność kredytową zza grobu. Cisza była ogłuszająca, przerywana jedynie drogim, cichym pisaniem sekretarki, która prawdopodobnie zarabiała więcej niż chirurg.
Zaprowadzono mnie do dużej sali konferencyjnej. Była to ogromna przestrzeń, zdominowana przez stół tak długi, że mógł na nim wylądować mały samolot. Na czele stołu siedział pan Harrison. Był prawnikiem rodziny od trzydziestu lat, człowiekiem papieru i bystrym umysłem.
„Clara” – powiedział, wstając, żeby wziąć mnie za rękę. Jego uścisk był luźny, ale oczy za drucianymi okularami były bystre i błyszczały ukrytą inteligencją. „Dziękuję, że przyszłaś”.
„Za nic w świecie bym tego nie przegapił, Arthurze” – odpowiedziałem, siadając naprzeciwko dyrektora. „Jest tutaj?”
„Jest w windzie” – mruknął Harrison, patrząc na tablet leżący na stole. „I… nie jest sam”.
Ciężkie podwójne drzwi otworzyły się z teatralnym szelestem.
Wszedł Richard Vance. Wyglądał świeżo i energicznie, jego pogrążony w żałobie wdowiec zrzucał skórę niczym wąż. Ale stworzenie na jego ramieniu wysysało całe powietrze z pokoju.
Była młoda – boleśnie młoda, agresywnie młoda. Jej włosy były kaskadą platynowego blondu, efektem drogich doczepów, a na sobie miała kremowy, dopasowany kostium, z rozpiętą marynarką, odsłaniającą skrawek koronki. Na jej palcu kanarkowożółty diament wielkości przepiórczego jajka przykuwał całą uwagę.
Rozpoznałem ją z pogrzebu. To była ta kobieta stojąca przy filarze, z którą Richard wymienił spojrzenia.
„Clara” – powiedział Richard, a jego głos brzmiał, jakby emanował ciepłem. „Tak się cieszę, że przyszłaś”.
Nie czekał na odpowiedź. Odsunął krzesło u szczytu stołu – należące do Eleanor – i usiadł. Blondynka usiadła obok niego i położyła mu zadbaną dłoń na udzie.
„Richard” – powiedziałem lodowatym głosem. „Kto to?”
„To jest Savannah Hayes” – powiedział Richard z nieśmiałym uśmiechem. „Moja partnerka. Była moją opoką w tej… trudnej próbie”.
„Partnerko?” powtórzyłem. „Eleanor nawet nie zmarzła, a ty przyprowadzasz swoją panią na odczytanie jej testamentu?”
Savannah westchnęła cicho, jej głos był stanowczy. „Słowo „pani” jest takie brzydkie. Mamy związek cywilny. Richard i ja weźmiemy ślub, gdy tylko okres żałoby będzie… odpowiedni”.
„Jest tu po wsparcie moralne, Claro” – warknął Richard, a jego ton stał się bardziej surowy. „A jako moja przyszła żona ma prawo znać skalę naszego majątku. Skończmy to szybko. O pierwszej mam godzinę gry”.
„Dobrze” – powiedział pan Harrison. Nie patrząc na Savannah, otworzył grubą skórzaną teczkę. „Jesteśmy tu, żeby spisać testament Eleanor Dupont Vance z 14 lipca 2015 roku”.
Richard odchylił się do tyłu i splótł palce za głową. „No dalej”.
Kiedy Harrison zaczął używać prawniczego żargonu, spojrzałem na Richarda. Trzęsł się z chciwości. To był testament z 2015 roku – standardowy „testament lustrzany”, który podpisują małżeństwa.
„Artykuł 4” – przeczytał Harrison. „Przekazuję cały mój majątek osobisty mojemu mężowi, Richardowi Vance’owi. Zapisuję wszystkie nieruchomości, w tym penthouse przy Park Avenue, posiadłość Hamptons i dom w Aspen, mojemu mężowi, Richardowi Vance’owi”.
Savannah ścisnęła nogę Richarda, szeroko otwierając oczy. „Aspen? Nic mi nie mówiłeś o Aspen”.
„I na koniec” – kontynuował Harrison – „wszystkie pozostałe aktywa, w tym większość udziałów w Vance Holdings, zostawiam mojemu mężowi, Richardowi Vance’owi”.
W pokoju zapadła cisza. Richard westchnął głęboko i z zadowoleniem.
„No cóż” – powiedział Richard, wstając i zapinając płaszcz. „Krótko i z klasą. Zupełnie jak Eleanor. Harrison, oddaj dokumenty do końca dnia. Jutro lecimy z Savannah do Saint Barts, żeby… odpocząć”.
„Proszę usiąść, panie Vance” – powiedział Harrison.
Głos nie był głośny, lecz miał ciężar młotka sędziowskiego.
Richard zamilkł, niemal podnosząc się z krzesła. „Słucham?”
„Mówiłem ci, żebyś usiadł” – powtórzył Harrison, zdejmując okulary i powoli je polerując. „Jeszcze nie skończyliśmy”.
„Przeczytaj testament” – warknął Richard. „Odziedziczę wszystko. Tak jest napisane”.
„To jest w testamencie z 2015 roku” – zgodził się Harrison. Sięgnął do teczki i wyciągnął cienką niebieską teczkę. „Ale ten dokument został zmieniony. To kodycyl, sporządzony 12 sierpnia tego roku. Trzy miesiące temu”.
Twarz Richarda poszarzała jak brudny popiół. „Kodicyl? Nigdy nie przyjąłem kodycylu”.


Yo Make również polubił
Dlaczego drzwi piekarnika pękają i jak temu zapobiec?
Jak utrzymać dom wolnym od much i komarów za pomocą mielonej kawy
Moja rodzina planowała zrobić ze mnie obiekt świątecznych żartów, ale zapomniała o jednym szczególe dotyczącym mojej „nieudanej” córki, która pracuje w warsztacie.
Brownie z sernikiem