Do tego czasu moja młodsza siostra Megan opanowała sztukę niewidzialności na korytarzu. Siedemnastoletnia i źrebakowata, chłonęła scenę, a potem udawała, że nic nie widziała, stojąc w bezruchu, aż kłótnia przepłynęła obok niej jak mgła i nie poruszyła jej.
W lustrze moja szyja zaczynała się wyginać i przechylać w sposób, którego nie mogły naprawić filtry aparatu. Zaczęłam nosić szaliki. W lipcu założyłam bluzę z kapturem. Guzek zmienił się w zwyczajny pagórek, coś, co można by uznać za fałdkę materiału. Upał uwięził pot na linii włosów i zwilżył mi szyję. W pracy moja kierowniczka Linda pochylała się nad kasą, podczas gdy ja uzupełniałam naklejki z napisem CZYTELNICY SĄ LIDERAMI.
„Harper, kochanie” – powiedziała. Miała ponad pięćdziesiąt lat i nosiła eyeliner jak flagę wojenną. „Nie chcę się wtrącać, ale ta opuchlizna… byłaś u lekarza?”
Łzy napłynęły mi do oczu niczym front atmosferyczny, przed którym nie mogłam uciec. „Moi rodzice uważają, że dramatyzuję” – powiedziałam. To słowo było jak drzazga w moim języku. „Jestem u nich ubezpieczona. Ostatnim razem, kiedy poszłam bez uprzedzenia, przyszedł rachunek i…”. Urwałam, bo każdy, kto kiedykolwiek był czyimś dzieckiem, wie, co następuje: kłótnia, ciche dni, kara. W naszym domu walutą miłości była uległość, a ja byłam na debecie, odkąd nauczyłam się mówić „nie” .
Twarz Lindy napięła się, wzrok wyostrzył się w jakimś punkcie poza mną – może to był dawny gniew. Wyciągnęła spod lady rolkę paragonów i napisała nazwisko. „Bezpłatna klinika na Riverside” – powiedziała. „Przyjmują osoby bez ubezpieczenia. Proszę iść”.
Wziąłem kartkę, złożyłem ją i schowałem do portfela za nieważną kartą biblioteczną. Ostatnim razem, gdy poszedłem gdzieś bez uprzedzenia rodziców, kiedy miałem stracha przed zapaleniem wyrostka robaczkowego, gniew mojego ojca płonął przez tydzień. Gniew ma to do siebie, że się rozgrzewa, kipi. Potem powiedział – łagodnie, opanowany – „Manipulujesz nami”.
„Ona stosuje hipochondrię jako taktykę manipulacji” – powiedziała moja matka, jakby nauczyła się nowego słowa i chciała go użyć w zdaniu.
Uczysz się być skromnym w domach takich jak nasz. Uczysz się kochać po cichu, żeby nikt nie pomyślał, że prosisz o więcej. Uczysz się być wdzięcznym za to, co dostajesz, nawet jeśli to tylko złożony paragon z adresem, którego nie użyjesz.
Mijały tygodnie. Guzek rósł, aż w końcu dał o sobie znać przede mną. Klienci znów odwracali wzrok, a ich twarze układały się w wyćwiczoną neutralność uprzejmych nieznajomych: Nic nie widziałem, nie będę pytał. Ból brzęczał niskim, jednostajnym tonem. Promieniował w dół szyi, do ramienia, aż do zawiasu szczęki, zgrzytając tyłem lewego oka jak koło zębate, któremu brakuje smaru. Czasem ból był jak młot pneumatyczny. Czasem jak metronom. Potrafiłem obejść metronom.
W nocy leżałem na prawym boku, bo lewy wywoływał pulsowanie. Przestałem spać na plecach; ucisk tam sprawił, że moje myśli powędrowały ku odważnikom kulowym i ciężarkom – przedmiotom, które huśtają się, spadają i miażdżą. Nauczyłem się choreografii chorych, którym nie wolno chorować: jak się uśmiechać, nie angażując określonych mięśni twarzy, jak kiwać głową bez poruszania szyją, jak poprawiać włosy, żeby ukryć nową ranę wojenną.
Pewnego wieczoru ojciec zastał mnie płaczącą bezgłośnie przy stole, gdy nie mogłam ukryć bólu za okiem. „To robi się śmieszne” – powiedział tak rozsądnie, tak spokojnie, że zabrzmiało to jak miłość. „Teatralne jęki, to dramatyczne cokolwiek. Rozumiemy, Harper. Chcesz uwagi”.
„Potrzebuję pomocy” – powiedziałem. „Proszę. Pozwól mi iść do lekarza. Oddam ci pieniądze. Obiecuję”.
„Za jakie pieniądze?” Stuknął widelcem o talerz. Stuk, stuk. „Ledwo utrzymujesz pracę, bo ciągle chorujesz”. Uniósł słowo „chory” palcami, jakby to była marionetka. „Próbujesz wykręcić się od odpowiedzialności”.
Mama skinęła głową, a ulga napłynęła jej między brwi jak wypuszczony oddech. „Pamiętasz, jak byłaś przekonana, że masz zapalenie wyrostka robaczkowego?” – zapytała, uśmiechając się, jakby dobra historia dopiero się rozgrzewała. „Sześćset dolarów za ból brzucha. Albo panika z zapaleniem opon mózgowych? To było najzabawniejsze – po prostu ból głowy spowodowany napięciem”.
„Menitis” – powtórzył mój ojciec, siedząc naprzeciwko, i słowo to przekształciło się w żart, który smakował mi w ustach jak metal.
To były prawdziwe objawy, chciałem powiedzieć, ale mój ojciec uderzył dłonią w stół, aż talerze podskakiwały. „Umówiłem cię do psychiatry” – powiedział – „bo jedyne, co z tobą nie tak, to twoja głowa”.
Połykałem argumenty jak witaminy: wielkie, kredowe, utknięte w gardle. Kiedy się odezwałem, moje słowa wyszły pokryte tym kredowym pyłem. „Dobrze” – powiedziałem. „Dobrze”. Bo już się tego nauczyłem: posłuszeństwo może nie zrodzić litości, ale opór zawsze będzie powodem wojny.
W gabinecie doktora Brennana pachniało nową wykładziną i stęchłą kawą. Był przyjacielem mojego ojca; wiedziałem to, ponieważ ojciec mówił „Bren” w samochodzie, a na każdej ścianie wisiały w ramkach zdjęcia kijów golfowych w półmroku wieczoru. Podczas wizyty doktor Brennan ułożył usta w sympatyczny kształt, jakby ściskał monetę. „Twój ojciec wspominał, że masz obsesję na punkcie rzekomego narośla” – powiedział życzliwie, akcentując słowo „rzekomy” w sposób, który sprawił, że mój żołądek zamienił się w pusty pokój.
„To nie jest domniemane” – powiedziałam. „To prawda. Boli”. Odgarnęłam włosy, żeby mu pokazać. Patrzył na mnie wystarczająco długo, żeby zrozumieć, o co chodzi, po czym skinął głową, jakby odhaczając pole. „Nie jestem lekarzem” – powiedział radośnie – „ale to wygląda jak zwykły tłuszczak. Nieszkodliwy. Twoje zaabsorbowanie tym jest jednak niepokojące”.
Jego bloczek z receptami przesunął się po biurku dwa razy: raz na leki przeciwlękowe, raz na sesje terapii poznawczo-behawioralnej, które oferował po obniżonej cenie, bo byliśmy przyjaciółmi rodziny. Kiedy wróciłem do domu, moi rodzice wyglądali na na tyle ulżonych, że przestali na mnie patrzeć. Ojciec pocałował mamę w czoło. „Zamierzamy jej pomóc” – powiedział.
Guzek pulsował. Rozrósł się pod skórą jak gorąca pięść. Zacząłem słyszeć w nim bicie serca, gdy układałem książki na półkach, gdy myłem zęby, gdy liczyłem ćwierćdolarówki i pięciocentówki na autobus. Po pięciu miesiącach słuch w tym uchu się stłumił. Dźwięki dochodziły przez ręcznik. Nauczyłem się czytać z ruchu warg Lindy, gdy w sklepie robiło się głośno.
Potem zaczęły się epizody. Świat przechylił się o czterdzieści pięć stopni, potem o dziewięćdziesiąt, jak podłoga, która się rozpadła. Wzrok mi się zamazywał na krawędziach. Ściskałam ladę, uśmiechając się za każdym razem, gdy klient mrugał do mnie. „Po prostu zawroty głowy” – mawiałam, jakby zawroty głowy były uroczym hobby.
„Bierzesz leki na lęk, prawda?” zapytała mama. „Dr Brennan powiedział, że to może potrwać”. Łykałam tabletki każdej nocy i każdego ranka, a bicie serca wciąż dudniło mi w uchu, jakby ktoś budował taras na boku mojej czaszki.


Yo Make również polubił
8 niezbędnych herbat ziołowych na trudne trawienie
Naukowcy zajmujący się rakiem: „Natychmiast przestańcie je jeść”
Nugat pistacjowy Przepis, który pokocha każdy smakosz:
Najlepiej unikać programu szybkiego prania z dwóch często pomijanych powodów