Następnego ranka Madison wróciła.
Tym razem wyglądała na jeszcze bardziej zdeterminowaną — i jakoś jeszcze bardziej zirytowaną.
„Słuchaj” – powiedziała, krzyżując ramiona – „rozmawiałam z mamą i ona zgadza się, że powinieneś dzielić się swoim Wi-Fi. To w zasadzie praca społeczna. Każdy zasługuje na dostęp do internetu”.
O mało się nie zakrztusiłam kawą. „Madison, twoja mama nie może decydować, jak korzystam z prywatnego łącza”.
„Jesteś samolubny” – warknęła, wchodząc na częstotliwość zazwyczaj zarezerwowaną dla czujników dymu. „Mam ważne treści do opublikowania, a ty marnujesz transfer jak jakiś internetowy skąpiec!”
„Korzystam z usługi, za którą płacę” – odpowiedziałem spokojnie.
„To dyskryminacja!” – oświadczyła.
Uniosłam brwi. „Przeciwko komu dokładnie?”
„Młodzież” – powiedziała śmiertelnie poważnie. „Nie można po prostu odmawiać mieszkańcowi jego praw”.
„Jakie prawa?”
„Prawo do dostępu do internetu! To podstawowa potrzeba człowieka!”
Wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę. „Madison… woda to podstawowa potrzeba. Jedzenie. Schronienie. Internet z routera sąsiada nie jest na tej liście”.
Prychnęła, wściekle pisząc na telefonie. Minutę później usłyszałem metalowy zatrzask mojej skrzynki pocztowej.
Kiedy sprawdziłem, znalazłem nowy list.
Kolejne „naruszenie”. Tym razem oskarżający mnie o „podważanie współpracy społecznej poprzez celowe odmawianie dostępu do wspólnych zasobów”.
Wyobraźnia Karen wyraźnie rozkwitała.
W tej chwili spodziewałem się, że ktoś w garniturze zapuka do moich drzwi i poprosi o mój „podatek internetowy”. Ale spotkałem coś gorszego — znowu Madison, tym razem z ogniem w oczach i kciukiem wiszącym nad telefonem.
„Ostatnia szansa” – powiedziała, a w jej głosie słychać było groźbę. „Podaj mi hasło, albo zadzwonię pod 911”.
Mrugnęłam. „Nie mówisz poważnie”.
„Och, mówię poważnie” – powiedziała. „Zabraniasz mi płacenia za usługi publiczne”.
Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale zdałem sobie sprawę, że ona już naciska przycisk połączenia.
Zapadła cisza, po czym usłyszałem spokojny głos: „911, jaki jest twój przypadek?”
Madison wyprostowała się, jej ton nagle stał się oficjalny.
„Cześć, hm, mój sąsiad odmawia mi dostępu do swojego Wi-Fi, co uważam za niezgodne z prawem”.
Pauza.
„Proszę pani” – zapytał dyspozytor – „czy to jest sytuacja zagrażająca życiu?”
„No cóż… nie, ale on jest nierozsądny. Potrzebuję internetu do mediów społecznościowych.”
„Czy obecnie do Twojego domu doprowadzony jest prąd, woda lub gaz?”
„Tak, ale…”
„Proszę pani” – przerwał jej dyspozytor, a jej głos był ochrypły – „prywatne sieci Wi-Fi nie są usługami publicznymi. Proszę pozostać na linii, aby funkcjonariusz mógł z panią porozmawiać o nadużyciach służb ratunkowych”.
Twarz Madison zbladła. „Czekaj, co?”
Piętnaście minut później przed moim domem pojawił się radiowóz.
Wyszedł oficer Rodriguez — około trzydziestu pięciu lat, szerokie ramiona i zmęczony wygląd człowieka, który przed godziną 10 rano musiał już uporać się z wieloma bzdurami
Zanim zdążył dotrzeć na mój ganek, Madison podbiegła. „Panie policjancie, dzięki Bogu, że pan tu jest! Ten człowiek odmawia udostępnienia internetu lokalnej społeczności. To chyba nielegalne, prawda?”
Rodriguez mrugnął. „…Przepraszam?”
Spojrzał na mnie. „Proszę pana, czy może pan wyjaśnić, co się dzieje?”
Opowiedziałem mu wszystko — dzwonek do drzwi, listy, krucjata przeciwko Wi-Fi.
„Więc” – powiedział powoli, odwracając się do Madison – „zadzwoniłaś pod numer 911, bo twój sąsiad nie chciał ci podać hasła do swojej sieci Wi-Fi?”
„Kiedy tak to mówisz, brzmi to źle” – powiedziała słabo.
„Proszę pani” – powiedział funkcjonariusz beznamiętnie – „Wi-Fi to własność prywatna. To nie jest usługa publiczna. Pani sąsiad nie ma prawa zobowiązywać się do dzielenia się nim”.
W tym momencie powietrze rozdzielił inny głos — ostry, władczy i całkowicie przewidywalny.
„Panie oficerze! Dzięki Bogu, że pan tu jest.”
Karen Peton.
Maszerowała przez ulicę niczym generał z przedmieść, z błyszczącym odznaką HOA, a od niej biła furia niczym perfumy.
„Panie oficerze” – zaczęła – „ten człowiek od tygodni sprawia kłopoty w naszej społeczności”.
Rodriguez westchnął. „A ty?”
„Karen Peton, prezes wspólnoty mieszkaniowej” – oznajmiła, jakby tytuł ten wiązał się z immunitetem dyplomatycznym. „Ta mieszkanka rażąco naruszała obowiązki wspólnoty i odrzucała uzasadnione prośby sąsiadów”.
Wyraz twarzy funkcjonariusza się nie zmienił. „Jakie obowiązki wobec społeczności wymagają od kogoś podania hasła do Wi-Fi?”
Karen zawahała się. „Chodzi o ducha wspólnoty. Wszyscy musimy się wspierać. Gromadzenie zasobów to po prostu egoizm”.
„Proszę pani” – powiedział spokojnie – „prywatny internet nie jest dobrem wspólnym. Pani sąsiad nie ma prawnego obowiązku dzielenia się swoim łączem”.
Twarz Karen poczerwieniała. „Ale moja córka potrzebuje dostępu do internetu! Jaka dzielnica nie wspiera swojej młodzieży?”
„Takie, w którym ludzie szanują własność prywatną” – powiedziałem cicho.
Odwróciła głowę w moją stronę. „Nie waż się mówić mi o własności prywatnej! Mam dokumentację twoich naruszeń!”
Rodriguez ścisnął nasadę nosa. „Proszę pani, składanie fałszywych raportów jest wykroczeniem. Pani córka zadzwoniła pod numer 911 i twierdziła, że ktoś zalega z opłatami za media – co nie jest prawdą”.
Madison opadła szczęka. „Czekaj, mogę mieć przez to kłopoty?”
„Tak, proszę pani” – powiedział. „Nadużycia służb ratunkowych traktujemy bardzo poważnie”.
Tymczasem zebrał się już niewielki tłumek. Pani Chen z sąsiedztwa stała na ganku i nagrywała wszystko telefonem. Po drugiej stronie ulicy Johnsonowie zaglądali przez firanki, ledwo powstrzymując śmiech.
Karen zauważyła, że ktoś na nią patrzy, i próbowała się otrząsnąć. „To jest wyolbrzymiane. Próbujemy po prostu rozwiązać prosty problem społeczny”.
Rodriguez zamknął notes. „Nie ma tu żadnego problemu społecznego, proszę pani. Jeśli dostanę kolejny raport w tej sprawie, złożę oskarżenie o nękanie”.
Madison wyglądała, jakby miała zaraz się rozpłakać. Karen wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć.
Gdy funkcjonariusz w końcu odjechał, jedynym dźwiękiem, jaki pozostał, było ciche buczenie mojego routera — jedynej nieruchomości w tej okolicy, nad którą wciąż miałem kontrolę.
Tej nocy mój telefon zawibrował, gdy dostałam SMS-a od pani Chen.
„Jesteś sławny. Sprawdź czat grupowy w okolicy.”
Otworzyłem i tam było. Filmik z całej konfrontacji z podpisem:
„Karen z HOA kontra Bandyta Wi-Fi — Wojna internetowa na Maple Drive”.
W ciągu kilku godzin wywołało to dziesiątki śmiechu i komentarzy.
Rano wszyscy wiedzieli, co się stało.
I wtedy zaczęły się prawdziwe konsekwencje.


Yo Make również polubił
Jak czyścić okiennice, aby wyglądały jak nowe
Świetny trik, aby Twoje patelnie wyglądały jak nowe
Moje swędzą cały czas! Musiałam to zobaczyć!
Lśniąco białe pranie bez smug: sąsiad pyta, jak to robię. Przecież nie używam wybielacza!