Część 1
O 9:03 dźwiękiem, który zakłócił spokój mojego poranka, nie był śpiew ptaków ani delikatny dźwięk zegara dziadka. Był to wysoki pisk opon SUV-a na żwirze , a po nim metaliczny grzechot oznaczający utratę autorytetu.
Trzy identyczne białe Suburbany płynęły moim pasem niczym kawaleria przekroczenia granicy. Wyszła Geraldine Pike , prezeska stowarzyszenia właścicieli domów Fox Glove Heights , ściskając w jednej ręce notes, a w drugiej teczkę z manili, jakby płonęła Konstytucja . Towarzyszyło jej trzech członków zarządu w identycznych koszulkach polo z haftowanym napisem „Community Matters!” , a ślusarz już rozpakowywał narzędzia.
„Z upoważnienia Rady Mieszkaniowej Renfield Park” – krzyknęła Geraldine – „odzyskujemy tę działkę na potrzeby wspólnoty!”
Nie ruszyłem się. Po prostu uniosłem kubek kawy – ciemno palona, z jednego źródła, o temperaturze dokładnie 198°F – i upiłem łyk. Z werandy żelazna brama Hawthorne Veil oprawiała chaos niczym stary obraz olejny przedstawiający współczesną głupotę.
Ślusarz uklęknął, a jego wiertło złowieszczo brzęczało. Za nim mężczyzna z lustrzanką cyfrową pstrykał zdjęcia mojego ganku, jakby dokumentował nalot na Fort Knox.
Jeden z członków zarządu — młody, pełen zapału, tragicznie opalony — rozłożył tabliczkę, na której widniał radosny, niebieski napis:
„Przyszły Ogród Zdrowia Społecznego”.
Dostosowałem głośność laptopa, na którym spokojnie przesuwała się baza danych aktów stanu cywilnego . Mój głos pozostał spokojny. Zawsze tak było w takich chwilach.
„Zanim zaczniesz wiercić w starym dębie, Geraldine” – powiedziałem – „może powinnaś zapytać notariusza, dlaczego jego ważność wygasła w 2017 roku”.
Ślusarz zamarł w pół kroku. Prawa powieka Geraldine drgnęła, co było wyraźnym znakiem, że biurokratka nie radzi sobie z zadaniem.
Nazywam się Rowan Pike .
Cichy specjalista od sporów gruntowych.
Były geodeta.
Obecny zarządca Hawthorne Veil, rozległej posiadłości z lat 90. XIX wieku, porośniętej bluszczem, schowanej na końcu dawnej drogi dla powozów , zanim świat wszystko wyasfaltował i nazwał to postępem.
Hawthorne Veil nie jest okazały w tym sensie – jego kamienne szczyty są krzywe, kominy wzdychają – ale ma historię. Witraże, orzechowe balustrady i biblioteka pachnąca tytoniem i olejkiem cytrynowym . Przyjechałem tu sześć lat temu po dwóch dekadach pracy w firmie inżynieryjno-budowlanej specjalizującej się w sporach granicznych .
Widziałem już wszystko: przesunięte słupki ogrodzeniowe, spory o prawa nadbrzeżne, kreatywne fałszowanie służebności , co tylko zechcesz.
Przyjechałem tu, żeby zostać sam na sam z mapami, książkami i od czasu do czasu odwiedzić moją siostrę Lucy , która upiera się, że potrzebuję „więcej światła słonecznego i mniej pomiarów topograficznych”.
Geraldine Pike — na szczęście niespokrewniona ze mną — odebrała moje upodobanie do samotności jako akt wojny.
To kobieta, która potrafi zamienić imprezę sąsiedzką w zebranie dotyczące podziału stref .
Prezeska stowarzyszenia właścicieli domów Fox Glove Heights, rządzi osiedlem za pomocą statutu, koków i megafonów Bluetooth .
Kiedyś ukarała sąsiada grzywną za „nielegalne róże dziedziczne”, ponieważ nie znajdowały się one na liście zatwierdzonych roślin . Stworzyła sieć telefoniczną do „zgłaszania niezgodności z wysokością skrzynek pocztowych”. A kiedy nowi mieszkańcy nie pojawili się na jej kwartalnym „Śniadaniu Jedności Społeczności”, potraktowała to jako bunt.
Potem zwróciła na mnie uwagę.
Kampania rozpoczęła się skromnie — jak to zwykle bywa w przypadku wojen HOA.
Po pierwsze, litery:
„Twoja wozownia wkracza na estetyczny korytarz”.
„Twoja paleta barw nie jest zgodna z przyjętymi w społeczności odcieniami”.
Potem pojawiły się drony .
Twierdziła, że przeprowadzała „kontrole zgodności z przepisami wizualnymi z powietrza”.
Z okna gabinetu obserwowałem, jak jeden z jej quadrocopterów zaplątał się w moją glicynię i rozbił się w moim poidełku dla ptaków. Zakopałem szczątki obok hortensji i uznałem sprawę za zamkniętą.
W następnym tygodniu przy moim płocie pojawił się „Komitet Dziedzictwa” , uzbrojony w notesy i poczucie własnej wartości. Ogłosili mój sad – niewielką grządkę starych jabłoni posadzonych przez pierwotnego właściciela posiadłości – wspólnym, wspólnym udogodnieniem, zgodnie z jakąś pokrętną interpretacją „przepisów o upiększaniu okolicy”.
Grzecznie wskazałem, że moja działka powstała około stu lat przed ich podziałem i została wyłączona z ich umów na podstawie oryginalnej mapy podziału .
Pokazałem im dokumentację, a nawet zaznaczyłem odpowiednie współrzędne.
Wyszli zdezorientowani, mamrocząc coś o „konsultacjach prawnych”.
Geraldine odpowiedziała, wsuwając pod moje drzwi więcej cytatów :


Yo Make również polubił
Wymieszaj miąższ bakłażana, migdały i parmezan, a otrzymasz pyszne pesto do przyprawienia pierwszych dań i grzanek
Wprowadzenie: Dlaczego zdrowie jelit jest wszystkim
Powód, dla którego nigdy nie powinieneś wyrzucać ryżu do zlewu kuchennego
Moja babcia nazywała to „Czekoladowym Ciastem Niebiańskim”, mimo że ma inną nazwę i teraz wiem dlaczego! Za dobre!