Część pierwsza:

Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, siedziałem przy stole u rodziców i próbowałem wyjaśnić im swój sen.

Właśnie ukończyłem studia informatyczne na Uniwersytecie Columbia, pełen pomysłów na infrastrukturę chmurową i skalowalne oprogramowanie, które mogłoby zmienić sposób funkcjonowania korporacji. Mój notatnik był pełen szkiców, diagramów i stron chaotycznego kodu. Mówiłem z tą niesamowitą energią, jaką może wykrzesać tylko młodość i ambicja.

„Tato” – powiedziałem, pochylając się nad pieczonym kurczakiem – „przyszłość biznesu nie leży w fizycznych biurach ani w szafkach na dokumenty. Jest w architekturze cyfrowej. Firmy będą potrzebowały platform, które…”

Ojciec przerwał mi chichotem, kręcąc głową i odkładając widelec. Richard Winters prowadził Winters & Associates – kancelarię prawną na Manhattanie – przez trzy dekady. Jego słowo było prawem tak samo w domu, jak i na sali sądowej.

„Start-upów technologicznych jest na pęczki, Olivio” – powiedział. „Masz dobry umysł. Po co go marnować na bezsensowne kodowanie? Winters & Associates to szanowana firma od trzech pokoleń. To prawdziwy sukces. To bezpieczeństwo”.

Po drugiej stronie stołu moja siostra Diane uśmiechnęła się krzywo. Była dwa lata starsza ode mnie i już była młodszym wspólnikiem w firmie. Miała ostre kości policzkowe i ostrzejszy język po ojcu.

„Chodź, tato” – powiedziała słodko. „Pozwól jej pobawić się komputerami. Zawsze może przyjść i pomóc nam w kwestiach IT, kiedy coś pójdzie nie tak”.

Nawet mój młodszy brat James, wciąż studiujący prawo, dorzucił swoje trzy grosze. „Może zaprojektowałabyś nam lepszą stronę internetową, Liv” – zaproponował z uśmiechem, jakby to był najwyższy wkład, jaki mogłem wnieść.

Żar ich śmiechu towarzyszył mi aż do wyjścia z jadalni.

To była noc, kiedy przestałem próbować ich przekonać.

Nie miałem koneksji. Nie miałem inwestorów. Miałem tylko mały fundusz powierniczy, który zostawiła mi babcia, i wystarczająco dużo uporu, żeby zapełnić nim wieżowiec.

Wynająłem więc mieszkanie wielkości pudełka na buty w Queens. Kupiłem dwa odnowione monitory Dell, używane biurko do pracy na stojąco i ekspres do kawy, który ledwo działał. W dzień pracowałem jako freelancer. Tworzyłem toporne strony internetowe, łatałem serwery dla małych firm, naprawiałem zepsute systemy poczty elektronicznej w kancelariach prawnych, podobne do tych, które miał mój ojciec. W nocy programowałem, jakby od tego zależało moje życie.

Początki były brutalne. Opłaty za czynsz równoważyły ​​zaległe rachunki za prąd. Dania z makaronem instant. Pewnej zimy zepsuł się kaloryfer i pracowałem w rękawiczkach, a oddech zaparowywał mi klawiaturę.

Spotkania rodzinne stały się torturą.

„Nadal zajmujesz się tym freelancerem?” – pytała Diane, mieszając kieliszek Chardonnay z udawaną troską.

„Wiesz” – wzdychał tata – „nadal możesz iść na studia prawnicze. Drzwi stoją przed tobą otworem”.

Uśmiechałam się krzywo i zmieniałam temat, podczas gdy w środku kipiałam z wściekłości. Postrzegali mnie jako porażkę, przestrogę. To bolało – ale też mnie napędzało.

W trzecim roku miałem już coś prawdziwego.

Mój system – Blackwood Framework – był rewolucyjnym podejściem do architektury korporacyjnej. Umożliwił firmom migrację ogromnych systemów do chmury bez przerywania działalności. Bez przestojów. Bez utraty danych. Bez milionowych przerw.

Przetestowałem to z trzema klientami, z których każdy był początkowo sceptyczny. W ciągu sześciu miesięcy wszyscy trzej podwoili swoje zaangażowanie. Wieść się rozeszła. Przyjąłem kolejnych klientów, a potem kolejnych pracowników – programistów, których zatrudniałem pod ścisłym nadzorem.

Nie użyłam swojego prawdziwego imienia. Zmieniłam nazwę na LW Blackwood , neutralny płciowo pseudonim inspirowany ulicą, na której dorastałam. Dla prasy technologicznej Blackwood Innovations było tajemniczym, niemal mitycznym startupem z samotniczym założycielem, którego nikt nie widział. Dla mojej rodziny wciąż byłam Olivią, rozczarowującą środkową córką „majstrującą przy komputerach”.

W piątym roku Blackwood był wyceniany na 2,3 miliarda dolarów. W ósmym roku weszliśmy na giełdę. Moja osobista wartość po cichu przewyższała łączną wartość wszystkich kancelarii prawnych na Wschodnim Wybrzeżu.

Przez cały ten czas podtrzymywałem tę inicjatywę.

Utrzymywałem apartament w Queens na wizyty rodzinne, nawet gdy przeprowadziłem się do penthouse’u na Piątej Alei z widokiem na Central Park. Jeździłem starą Hondą na kolacje w Święto Dziękczynienia, a moje prawdziwe samochody – Bentleye, Tesle i Aston Martiny – stały w moim prywatnym garażu. Pozwalałem im się nade mną litować, podczas gdy ja co roku przekazywałem na cele charytatywne więcej, niż Winters & Associates osiągał zysku.

I o dziwo, z czasem oswoiłem się z tą tajemnicą. Znajomość prawdy dawała mi pewną satysfakcję, podczas gdy oni żyli w niewiedzy.

Wszystko to zmieniło się pewnego wiosennego poranka, dziesięć lat po moim ukończeniu studiów.

Byłem w swoim biurze – na najwyższym piętrze Blackwood Tower , czterdzieści dwa piętra nad Manhattanem – kiedy zapukał Michael, mój asystent. Michael nigdy nie był zdenerwowany, ale teraz wyglądał na zaniepokojonego.

„Pani Winters” – powiedział ostrożnie – „będzie pani chciała to zobaczyć”. Położył tablet na moim biurku.

Na ekranie widniały dwa CV. Nienaganne formatowanie. Wyraziste czcionki. Dopracowane listy motywacyjne.

Diane Winters.
James Winters.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama