Zespół RPG
Zespół RPG ruszył wzdłuż wąwozu — trzech myśliwców biegło nisko, jeden trzymał wyrzutnię na ramieniu, szykując się do strzału w dymiącego Humvee, gdzie za wnęką na koła stał oddział marines.
Odległość: 710 metrów.
Różnica wysokości: 37 stóp.
Dryf wiatru: łagodny, ale zmienny.
Przełączyła się na rakiety — nie było potrzeby używania pełnego Mavericka.
Jedno ściśnięcie.
Jedna biała smuga dymu.
Jedna kula ognia.
Wyrzutnia potoczyła się w tumanach kurzu.
Marines poniżej krzyczeli:
„O Boże – kimkolwiek jesteś – STRZELAJ DALEJ!”
Nadal nic nie powiedziała.
Komunikacja zajęła trochę czasu.
Czas zabity.
Wspięła się płytko, przesunęła się nad grzbietem i wpadła w wycinek nieba, gdzie Warthog wtapiał się w ostry głaz. Wrogie pociski smugowe ścigały jej sylwetkę, ale ona przemykała między skałami, jakby przećwiczyła teren we śnie.
Co oczywiście zrobiła.
Znała tę dolinę lepiej niż ktokolwiek inny w tym centrum dowodzenia.
I teraz się opłaciło.
Gniazda karabinów maszynowych.
Zespoły RPG.
Obserwatorzy.
Węzły dowodzenia.
Kotwice ognia krzyżowego.
Widziała ich wszystkich.
Instynktownie rozumiała ich geometrię.
Dla niej wojna nie była chaosem.
To była mapa czekająca na przepisanie.
A z każdą serią, każdym podaniem, każdym kontrolowanym strzałem – rozrywała w szwach idealną zasadzkę wroga.
Na ziemi marines kulili się za skałami, czekając na śmierć.
Wtedy zobaczyli coś niemożliwego:
Okna ciszy.
Szczeliny w ogniu.
Chwile, w których powietrze płonęło czystością.
Każda sekunda, którą kupiła, oznaczała uratowane życie.
„Coś wbija się w grzbiety!”
„Naciskaj na mój znak!”
„Użyj hamulca! Użyj hamulca!”
Anna nie przestawała rzeźbić.
Nie zabijała wojowników.
Zabijała kąty — geometrię kontroli, na której polegał wróg.
Przecinała linie ognia niczym przewody w bombie.
Jedno podanie do stłumienia.
Jedno podanie do otwarcia pasów.
Jedno podanie, by je utrzymać.
Każdy wybuch był jak skalpel.
Każda rakieta była młotem kowalskim.
Ale zawsze kontrolowany.
Zawsze precyzyjny.
Zawsze wyrachowany.
Ponieważ marines byli niebezpiecznie blisko – w niektórych punktach 60 metrów.
Za blisko na bomby.
Za blisko na błędy.
Tylko pilot z absolutną dyscypliną mógł latać tak nisko, tak wolno i tak precyzyjnie.
A dyscyplina była jej głęboko zakorzeniona.
Gdzieś między siódmym a ósmym podejściem rękaw jej kombinezonu zahaczył o metalowy uchwyt. Materiał się pociągnął, odsłaniając ukryty tatuaż – małe skrzydełka pilota, a pod nimi sylwetkę guźca.
Symbol zdobyty, a nie dany.
Nie polityczny.
Nie norma.
Znak wykuty potem i precyzją.
Znak prawdy.
Przesunęła trymer, przesunęła go pod innym kątem i ustawiła karabin maszynowy za trójnogiem.
Jedno ściśnięcie.
Wybuchł kurz.
Trójnóg się zawalił.
Zagrożenie zneutralizowane.
Jej blizny odbijały światło kokpitu – cienkie, białe linie na kostkach i nadgarstkach od katastrof, oparzeń, awarii silników i incydentów szkoleniowych. Wykrwawiła się dla tego samolotu na długo, zanim ktokolwiek w Blackthorne wpadł na pomysł, żeby dać jej zastrzyk.
Nie żeby ktokolwiek o tym wiedział.
Ale mieli to zrobić.
Na dole, pośród chaosu, jeden głos przecinał fale radiowe z niepodważalnym autorytetem.
Dowódca Ror.
Navy SEAL.
Przydzielony do batalionu.
Człowiek, którego słowa potrafiły uspokoić ręce i przekuć strach w dyscyplinę.
„Dowództwo, tu Trident Actual” – warknął.
„Kto, do cholery, nas osłania?”
Cisza.
Wtedy odezwał się technik, wahając się:
„Eee… proszę pana… baza danych podaje, że znak wywoławczy to Viper 206.”


Yo Make również polubił
Jak dbać o zęby i oszczędzać na wizytach u dentysty – domowe sposoby na zdrowy uśmiech
Zrzuć tłuszcz z brzucha: Oto idealny napój na płaski brzuch
Co jest nie tak na tym zdjęciu?
Pij wodę z sodą oczyszczoną wieczorem przez 2 tygodnie — oto, co stanie się z Twoim ciałem!