Część 1
Jeśli kiedykolwiek służyłeś, wiesz, że życie na misji ma swój rytm. Puls. Zgiełk rutyny przerywany przebłyskami strachu, adrenaliny, nudy i wisielczego humoru. Na posterunku Blackthorne, otoczonym ostrymi grzbietami i gęsto smaganym kurzem wiatrem, ten rytm rozbrzmiewał w każdym namiocie, każdym stalowym kontenerze, w każdym oddechu zaczerpniętym w palącym słońcu.
To było miejsce, w którym ludzie się łamią albo hartują – gdzie widać, z czego są zrobieni. A jednak w tym świecie determinacji i ego jeden marine zdawał się istnieć tuż poza kadrem.
Kapitan Anna Cruz.
Dwadzieścia siedem lat.
Nieco ponad pięć stóp wzrostu.
Pilot Warthoga A-10.
Spokojny. Opanowany. Precyzyjny.
Zbyt precyzyjne, mówili niektórzy.
Zbyt ciche.
Zbyt małe.
Zbyt różne.
Ktoś kiedyś zażartował, że bardziej przypominała dziewczynę, którą zatrudnisz do opieki nad dziećmi niż pilota, którego wyślesz, by podpalił pozycje wroga. A ponieważ kultura wojskowa sprzyja leniwym założeniom, żart się przyjął. Papierowy pilot. Maskotka. Wypełniacz norm.
Pilot, który nie brał udziału w lotach bojowych — z przydziału, nie z wyboru.
Przez większość dni Anna siedziała na plandece obok namiotu jadalnego, z nogami skrzyżowanymi na piersi, z hełmem lotniczym obok i zielonym nakolannikiem na kolanach. Podczas gdy inni piloci dumnie snuli opowieści wojenne, ona notowała notatki o trymerach i harmoniczne uzbrojenia, starannie kreśląc je rzędami pisma. Traktowała Warthoga jak żywą istotę – coś, czego nastroje należało badać, śledzić i szanować.
Dla niewprawnego oka wyglądało to tak, jakby wykonywała dodatkową pracę domową.
Dla każdego, kto naprawdę znał się na lotnictwie, była to cicha obsesja kogoś śmiertelnie poważnego.
Ale jej oddział nie postrzegał jej śmiertelnie poważnie.
Dwóch kaprali przeszło kiedyś obok niej w pobliżu koszar i mruknęło:
„Oto pilot kontyngentowy”.
„Papierowy pilot” – prychnął drugi.
„Tektura na szczęście nie pociąga za spust”.
Nie podniosła wzroku. Nie drgnęła. Nie marnowała oddechu na obronę.
Słyszała to już wcześniej – od szeregowych marines, od sierżantów, a czasem nawet od oficerów. Większość, która ją widziała, zakładała, że została przeniesiona do lotnictwa, żeby spełnić jakieś wymogi administracyjne.
Prawda była prostsza i trudniejsza do zaakceptowania:
Była lepsza od większości z nich.
Ale to nie doskonałość krzyczy.
Tylko ego.
A ego jest głośniejsze w mundurze.
Podczas gdy inni wygłupiali się w dymnicy, Anna spędzała noce w kącie koszar, oświetlając latarką z czerwonym kloszem mapy sekcyjne rozłożone na jej łóżku polowym. Pamiętała każdą linię poziomicową Doliny Blackthorne i sąsiednich kanionów, aż teren wydawał się przedłużeniem jej własnej pamięci.
Ćwiczyła profile lotu, aż pamięć mięśniowa zapisała się w jej kościach.
Przeprowadziła ćwiczenia ogniowe na sucho.
Symulowane strzelaniny.
Tabele zastosowań broni.
Rejestrowała harmoniczne wystrzałów armat przy różnych prędkościach.
Badała wzorce odrzutu pylonów.
Śledziła zachowanie wiatru o świcie, w południe i o zmierzchu.
Opracowała doktrynę na swojej tablicy — ręcznie pisane liczby, szkice, kąty, podsumowania zużycia paliwa, plany awaryjne na wypadek awarii awioniki — wszystko to tworzone z cierpliwością mnicha i precyzją chirurga.
Nikt nie pytał o notatnik.
Nikogo to nie obchodziło.
Ale jej zależało.
Bo nadejdzie dzień – dzień, o którym każdy pilot wie, że kiedyś nadejdzie – kiedy szkolenie stanie się przetrwaniem. Kiedy doktryna się rozpłynie, a geometria będzie wszystkim, co pozostanie.
Nie czekała na pozwolenie.
Czekała na ten moment.
Nauczył ją tego jej ojciec.
Anna Cruz dorastała w Redcliffe w Arizonie, gdzie pustynia rozciągała się bezkresnie, a wieczory pachniały dymem z mesquite. Jej ojciec, żołnierz piechoty morskiej ranny podczas drugiej misji, wychowywał ją samotnie. Nie przepadał za przemowami, ale uczył poprzez działanie.
Obowiązki o świcie.
Naprawa ogrodzenia przed śniadaniem.
Drewno na opał ułożone równo.
Karabiny czyszczone z szacunkiem.
Tarcze ustawione w szeregu na słupkach ogrodzeniowych – puszki po napojach, stare puszki po zupie, szklane butelki.
„Spokojny oddech” – mawiał, podając jej poobijany karabin.
„Zwolnij spust. Niech strzał cię zaskoczy”.
W wieku dwunastu lat potrafiła zrzucić każdą puszkę z odległości pięćdziesięciu jardów.
W wieku szesnastu lat potrafiła przestrzelić połowę mężczyzn, którzy polowali w weekendy.
Jej ojciec nigdy się nią nie chwalił.
Ale nie musiał.
Duma w jego cichym uśmiechu mówiła wszystko.
Kiedy zmarł w ostatniej klasie liceum, świat stanął przed nią otworem. Zaciągnęła się, bo nie wiedziała, co innego robić – i nie chciała, żeby lekcje ojca zniknęły.
Ona nie tylko wstąpiła do Korpusu.
Ona się wspinała.
Ona walczyła.


Yo Make również polubił
Czekoladowa Walentynkowa Niespodzianka: Tort Pełen Miłości
Sprawdź swoje IQ: Która szklanka napełni się pierwsza?
Czekoladowe Genoise – Delikatny i Puszysty Biszkopt w Prostej Wersji
Domowy Gravlax z Łososia