Część I: 

Na oddziale chirurgicznym w Stanford Medical Center panowała cisza o szóstej rano – cisza, jaka panowała tuż przed burzą.
Dr Elizabeth Carter stała przy oknie widokowym z widokiem na Palo Alto, miasto wciąż spowite kocem przedświtowej szarości. W jednej ręce trzymała kubek wystygłej kawy. W drugiej – harmonogram operacji na cały dzień – cztery przypadki, trzy rutynowe, jeden skomplikowany.

Była szefową kardiochirurgii od trzech lat – najmłodszą w historii Uniwersytetu Stanforda. Dziesięć lat przekraczania granic, publikowania przełomowych technik i nieustępliwości w dążeniu do celu ukształtowało ją w chirurga, którego ludzie określali słowami takimi jak błyskotliwa , nieugięta , wizjonerska.
Ale pod tytułami i prestiżem kryła się prawda: Beth Carter była kobietą, która wciąż uciekała z domu, z którego wyrzucono ją w wieku siedemnastu lat.

„Doktor Carter?”

Odwróciła się. Jej główny rezydent, dr James Bennett , stał w drzwiach – wysoki, ciemnowłosy, zazwyczaj spokojny. Ale dziś rano jego wyraz twarzy był napięty.

„Mamy nowego pacjenta” – powiedział. „Transfer VIP. Prywatny odrzutowiec, przypadek nagły – złożony tętniak aorty wstępującej, możliwe ryzyko rozwarstwienia. Wymaga natychmiastowej interwencji”.

Beth uniosła brew. „VIP, co? Świetnie. Zawsze jest fajnie.”

„Będzie pan chciał zobaczyć ten dokument”. James zawahał się, zerkając na tablet, zanim kontynuował. „Kardiolog kierujący uznał to za nieoperacyjne. Zbyt blisko zastawki, zbyt rozległe. Ale pacjent nalegał, żeby tu przyjść. Powiedział, że chce najlepszego kardiochirurga w kraju”.

„Zauważyłam pochlebstwo” – odparła sucho Beth, odstawiając kawę. „Nazwisko?”

James sprawdził plik — po czym przerwał. Jego twarz się zmieniła.

„Dr Carter… pacjent nazywa się Robert Carter . Ma sześćdziesiąt pięć lat. Jest prezesem Carter Industries.”

Beth zamarła. Szum szpitala wokół niej – pagery, interkomy, odległy pisk kół na kafelkach – zdawał się ucichnąć.

„Carter Industries” – powtórzyła powoli. „Jesteś pewien?”

James skinął głową, niepewnie. „Tutaj jest napisane… on jest z Chicago. Twój…”

„Mój ojciec.”

Głos Beth był spokojny, ale jej palce zacisnęły się na teczce.

Dziesięć lat.
Dziesięć lat, odkąd wyrzucił ją z domu za to, że wybrała medycynę zamiast biznesu.
Dziesięć lat, odkąd nazwał ją hańbą dla nazwiska Carter.
Dziesięć lat, odkąd powiedział jej: „ Nigdy sobie beze mnie nie poradzisz”.

A teraz był tutaj – umierając – prosząc o to, co najlepsze.
Nie zdając sobie sprawy, że tym najlepszym była córka, którą porzucił.

„Chcesz, żebym to przeniósł?” – zapytał ostrożnie James. „Dr Mitchell jest dostępna. Mogłaby wziąć tę sprawę”.

Beth wzięła głęboki oddech, zmuszając się do spokojnego tonu. „Nie. Jeśli tętniak jest tak skomplikowany, jak mówisz, potrzebuje najlepszego. To ja”.

„Beth—”

„Osobiste uczucia nie mają znaczenia.”

zobacz więcej na następnej stronie Reklama