Piec kliknął dwa razy i zgasł, jakby uznał, że tego ranka nie zasługujemy na ciepło.
Stałam boso na zimnych płytkach w kuchni, trzymając w jednej ręce organizer na tabletki mojej mamy, a w drugiej rolkę taśmy klejącej, starając się nie otwierać małych plastikowych wieczek, kiedy wnosiłam go na górę. Dom zachowywał się tak, jak to zwykle bywa zimą – skrzypiał w kątach, buczał w otworach wentylacyjnych, wydawał ciche, zmęczone dźwięki, niczym odchrząkujące stare ciało.
Mama spała na fotelu w salonie, z brodą opartą o pierś, a jej kolana były otulone kocem, tak jak ja teraz otulam wszystko: ciasno, schludnie, sprawnie. W telewizorze leciał cichy talk-show, a głośność była ustawiona na tyle wysoko, żeby pokazać, że wciąż uczestniczymy w życiu.
Na stoliku kawowym leżało zaproszenie na ślub, o którym nie powinnam mówić.
Adresatem listu był „Rodzina”, napisany starannie pismem mojej siostry, bo nic tak nie świadczy o miłości, jak niejasne sformułowania i brak imienia.
Odsunęłam kopertę, żeby zrobić miejsce na szklankę wody mamy, a brzeg papieru zahaczył o wilgotny pierścień. Tusz trochę się rozmazał, jakby dom już próbował mnie wymazać z obrazu.
Na górze wentylator w łazience zadrżał, gdy zapaliłam światło. Lustro miało cienką rysę w rogu, którą ciągle chciałam wymienić, ale „planowanie” przerodziło się w hobby, na które nie miałam już czasu.
Wziąłem głęboki oddech, policzyłem poranne tabletki mamy i nasłuchiwałem dźwięku, który podpowiedziałby mi, czy dzisiejszy dzień będzie ciężki, czy po prostu wyczerpujący.
Kaszel.
Nie jest to kaszel dramatyczny. Nie jest to kaszel filmowy.


Yo Make również polubił
Ciasto pekanowe Kentucky
Rolada z sernika dyniowego
Podpłomyki z serem i ziemniakami
Wigilijny Piernik