Zegar na ścianie był tandetnym plastikowym gadżetem, ale w swoim nagłym, otchłannym stylu, ciche, rytmiczne   tykanie brzmiało    jak odliczanie bomby głębinowej. Była 23:47. Czas, w którym świat powinien spać, a przynajmniej pogodzić się ze swoimi niepowodzeniami. Ale w klubie Żelaznego Bractwa zdecydowanie tak nie było, ale to była negatywna wartość i nieco poniżej dolara.

Staliśmy jak sparaliżowani. Piętnastu członków Żelaznego Bractwa, ludzi, którzy trafiali na pierwsze strony gazet, po prostu przejeżdżając obok szkoły, teraz zamarło w scenie sporadycznych psot. Tank, gigant, który spędził trzy wyprawy na pustynię i dwa wyroki w więzieniu federalnym, był w trakcie strzału, z kościaną końcówką kija o cal od ósemki. Wrench, redaktor naczelny jedenastki w cichym, śmiercionośnym mózgu klubu, miał otwarte usta, śmiech cichł mu na ustach, gdy butelka taniej whisky zawisła tuż przy jego brodzie. Ja, Hammer, człowiek, którego podziwiali za zakręcanie, za przemoc, za puszczanie – położyłem swoją zużytą talię na zniszczonym drewnianym stole.

Usłyszeliśmy skrzypnięcie drzwi, dźwięk, który normalnie zagłuszyłby dudnienie szafy grającej, która na szczęście teraz ucichła. W tym celu…

Była malutka. Maluchy, których szukałeś, były tak wysokie, jak te, które zostawiłeś, a ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłeś, była ta ostatnia. Miała czerwoną bluzę z kapturem, którą można było nosić i nosić w torebce, co emanowało dziecięcą bezbronnością, odczuwaną jak policzek w twarz. Miała ciemne włosy, rozczochrany kucyk, który ciągle się rozplątywał. Ale potem to rozumiesz – umierasz, rozumiesz, to prawdopodobnie najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłeś. Nie byli po prostu przerażeni; jeśli nie wiesz, co robić, możesz chcieć wiedzieć, jak duża jest lampa i jak mała jest obręcz.

W mojej dłoni, zaciśniętej tak mocno, że jej drobne knykcie były białe jak śnieg, trzymała pojedynczy, używany, zmięty banknot pięciodolarowy. To była jej wojenna skrzynia.

Gdy już minie chwianie się, beton powinien zostać zastąpiony niebieskim, a stół bilardowy powinien stanąć na swoim miejscu. Cichy pisk jej tanich trampek na brudnej podłodze przełamał jej styl. Stała dziesięć stóp ode mnie, dzielił nas cały wszechświat. Proszę zauważyć, że w tym przypadku będziesz w stanie zrobić to choć odrobinę. Jej głos był cienki, ledwie słyszalny, ale w tym stylu niosła ciężar tysiącfuntowej kotwicy.

„Wilt, ile jest wart twój dolar?”

Uderzenie nastąpiło w południe i już minęło. Nie wiedział, co robić; to była surowa, brutalna nieodwracalność tego pytania. Byłem świadkiem, jak długość mojego życia mierzona jest w sekundach. Wchodziłem na sale sądowe, gdzie byłem pewien, że już nigdy nie zobaczę słońca. Ale ta prośba, ta oferta wszystkiego, co miała, dla nas – Żelaznego Bractwa, tych niesławnych, niebezpiecznych – to był osąd moralny, którego nie byłem gotowy wydać.

To miejsce.    To była nasza twierdza, schronienie przed światem, który nas potępił i odrzucił. To nie był plac zabaw. Z pewnością nie było to miejsce dla dziecka proszącego o jałmużnę. Jedenaście emblematów – od początku do końca – wykazało lojalność wobec    siebie   i    innych   . Nie były to tabliczki z informacjami o rzeczach znalezionych, ale projekt społeczny.

Odsunąłem ciężkie, drewniane krzesło. Zgrzyt był głośny i ostry, przerwanie, które wydawało się świętokradztwem. Byłem rosłym mężczyzną. Miałem 198 cm wzrostu, ważyłem 135 kilogramów, a do tego mnóstwo ciężarów, ciężarów i tatuaży. Moja twarz, naznaczona każdą złą decyzją i permanentnym napięciem po walkach, które przywiozłem z Falludży, miała budzić grozę. Była narzędziem. Ale teraz, zbliżając się do tego kruchego stworzenia, czułem się niewyobrażalnie wielki, wręcz potworny.

Poruszałem się powoli, starając się z każdym krokiem otrząsnąć z wieloletniej przemocy.

„Jak masz na imię, kochanie?” – zapytałam. Mój głos, zazwyczaj głęboki, władczy pomruk, brzmiał teraz szorstko, miękko i napięto.

„Emma” – wyszeptała. „Emma Rodriguez”.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama