Część 3:
We wtorek, który miał dość przyzwoitości, by zacząć dzień od słońca, do mojego mieszkania zapukał kurier w granatowej kurtce wiatrówce i wręczył mi kopertę zbyt grubą na śmieci i zbyt cienką na litość. WEZWANIE DO SĄDU wisiało tam wielkimi literami jak wyzwanie. W środku data rozprawy, numer sprawy i uprzejme naleganie ze strony państwa: Wezwano cię do stawienia się . Nikt nie mówi „proszę”, skoro może powiedzieć „wezwano” .
Fryzjer na dole obserwował mnie przez szybę, z miotłą zatrzymaną w połowie zamiatania. Zapytał bezgłośnie: „ W porządku?”. Uniosłem papier w lekkim geście pozdrowienia i wróciłem na górę do pokoju, w którym stała roślina, biurko i ostatnia wersja mnie, która nie musiała ćwiczyć zdań, zanim wypowiedział je do mikrofonów.
Wezwanie nie było jeszcze rozprawą karną – rozprawą administracyjną dla stanowej izby lekarskiej, preludium, gdzie fakty porównuje się z przepisami, a reputację waży się jak plony. Mimo to słowa o karze za krzywoprzysięstwo dodały mi nowego rodzaju powagi. Usiadłem przy stole, położyłem dokument obok śladu po kawie, którego nigdy nie zapomniałem wytrzeć, i wpatrywałem się w niego, aż poczułem, że atrament spłynie z gorąca mojej uwagi.
Najpierw zadzwoniłem do ojca. Odebrał po drugim sygnale, jakby czekał, nie przyznając się do tego.
„Wzywają cię?” – zapytał.
„Oni są.”
„Dasz sobie radę.”
„Nie powiedziałem, że się martwię”.
„Nie powiedziałem, że tak powiedziałeś.”
To mnie rozśmieszyło. Pozwolił mi. Potem powiedział: „Powiedz prawdę krótko. Dłuższą zostaw na drogę do domu”.
Zadzwoniłam potem do Carli. Powiedziała: „Będę w ostatnim rzędzie, z założonymi rękami jak opiekunka na balu maturalnym”. Kiedy próbowałam się sprzeciwić, dodała: „Nie możesz tego robić sama. Tak się ludzie zachowują”.
Nie zadzwoniłem do Margaret. Nie miałem już jej numeru. Ale jakby wezwany przez zbiorową potrzebę symetrii w mieście, tego popołudnia dostałem SMS-a z nieznanego numeru: Słyszałem … Bańka wisiała tam, szara i nieprzyzwoita. Odłożyłem telefon ekranem do dołu i pozwoliłem roślinie dalej czynić jakiś cichy cud, który sprawił, że pochyliła się w stronę okna zbyt wąskiego, by uzasadnić takie oddanie.
Podpiwniczenia i halogeny
Budynek rozprawy miał estetykę miejsca, w którym nadzieja umiera, by wypełnić formularze: niskie sufity, wykładzina we wzór, który miał ukryć plamy i kto ją zaprojektował. Sala 4B była chłodniejsza, niż potrzeba, i oświetlona jak w supermarkecie. Na jednej ze ścian pieczęć stanowa lśniła niczym moneta, której nigdy się nie ma dość.
Garstka ludzi rozsiadła się na krzesłach: marynarki, notesy, kobieta robiąca na drutach, jakby dodawała im odwagi, i mężczyzna ze stosem teczek, który wyglądał, jakby wyrósł mu z rąk.
Członkowie zarządu przybyli w zmęczonym szeregu ludzi, którzy słyszeli już wszystkie wymówki, a mimo to wciąż pozostawiają miejsce na niecodzienną prawdę. Pięciu z nich, z identyfikatorami z czcionkami szeryfowymi. Przewodnicząca: dr Eliza Mori – twarz internisty, taka, która widziała więcej, niż mówi. Obok niej dwoje prawników, emerytowany administrator szpitala i przedstawiciel społeczności – nauczyciel, jeśli tylko postawa dobrze oddawałaby historię.
Naprzeciwko nich, przy stoliku z małym mikrofonem, siedzieli obrońcy pozwanego – Merritt , o łagodnym głosie, który dzwonił do mnie kilka tygodni wcześniej – oraz dr Colin Halstrom w granatowym garniturze, który pasował jak ulał, skrojonym przez profesjonalistę. Wyglądał na szczuplejszego niż sylwetka na zdjęciu florysty, bledszego niż mężczyzna w tle mojego albumu ślubnego. Wyglądał jak ktoś, kto myślał o innych pokojach, a ku swojemu zaskoczeniu znalazł się w tym.
A potem była Margaret. Przyszła spóźniona, z włosami ściągniętymi do tyłu jak na postanowienie. Bez perłowych kolczyków. Bez popisu. Usiadła za stołem sędziowskim, ale na tyle daleko, żeby udawać, że to nie jest przysięga.
Sędzia prowadzący przesłuchanie ogłosił wszczęcie postępowania. Dokumenty zostały przetasowane. Przewodniczący mówił o procedurze głosem, który mógłby uspokoić oddział intensywnej terapii. A potem zaczęliśmy.
Anatomia pytań
Wezwali mnie na świadka w imieniu stanu. Złożyłem przysięgę, unosząc prawą rękę, wypowiadając słowa na tyle wolno, by kamera w kącie mogła je uchwycić. Mikrofon sprawił, że mój głos brzmiał, jakbym był przeziębiony.
Pełnomocnik zarządu – bystry i precyzyjny – poprosił mnie o podanie imienia, nazwiska, zawodu i związku ze sprawą. Opowiedziałem historię, jakbym czytał ją z promptera: róże, współpracownik, izba przyjęć, wyniki badań laboratoryjnych, faktura, sylwetka, nagranie wideo. Przymiotniki zostawiłem w domu. Rzeczowniki wystarczą, gdy fakty są głośne.
„Czy odczuwał Pan jakieś objawy?” – zapytał prawnik.
„Nie” – powiedziałem. „Bo słuchałem”.
„Kogo słuchałeś?”
„Kobieta, która kiedyś była studentką medycyny i pamiętała, jak wygląda coś złego, gdy ma na sobie coś ładnego”.
Merritt miał swoją kolej, a pytania padały jak deszcz zimy. „Panie Hale” – powiedział – „ma pan napięte stosunki z żoną, prawda?”
„Nie jestem już w związku małżeńskim z moją żoną” – powiedziałem. „Napięcie minęło”.
Wygładził powietrze dłonią. „A ty jesteś tu dzisiaj, zeznając przeciwko jej przyjaciółce, w postępowaniu, które może zakończyć jej karierę”.
„Jestem tu, bo bukiet miał chemię, której nie powinien mieć” – powiedziałem. „To, co się dzieje z karierami, to matematyka, na którą nie mam wpływu”.
„Złożył pan anonimowe doniesienia do władz” – powiedział. „Czy ceni pan anonimowość, panie Hale?”
„Lubię żyć” – powiedziałem. „Anonimowość jest dobra w tym, żeby ludzie, którzy wolą cię zabić, nie wiedzieli, gdzie pukać”.
Uśmiechnął się, tak jak prawnicy uśmiechają się, gdy przerzucają się z igły na siatkę. „Czy ma pan bezpośrednie dowody na to, że mój klient zastosował jakąkolwiek substancję do kwiatów?”
„Mam nagranie, na którym mężczyzna o wzroście i chodzie pańskiego klienta odbiera zamówienie złożone na konto mojej żony i dotyka płatków jak konserwator dzieł sztuki, który nie chce zostawić odcisków palców” – powiedziałem. „Mam wyniki badań laboratoryjnych, które mówią, że gdybym chwycił te róże jak wdzięczny mąż, mógłbym nie być tutaj, żeby odpowiedzieć na pańskie pytania. Mam kwiaciarnię, która nie sprzedaje trucizny, pielęgniarkę, która potrafi nazwać zapach, i szereg wiadomości, które łączą pańskiego klienta z moją żoną w sprawie terminu”.
„Wiadomości bez imienia” – rzucił, rzucając się na nią.
„Zgadza się” – powiedziałem. „Przestępcy rzadko noszą monogramy upamiętniające ich zbrodnie”.
Obrócił się z gracją zapaśnika. „Panie Hale, czy to możliwe, że pańska koleżanka źle zrozumiała to, co zobaczyła? Że zareagowała przesadnie? Że wywołała u pana niepotrzebną panikę?”
„Wolę, żeby moi współpracownicy przesadzali z reakcją na truciznę” – powiedziałem. „Niedoreagowanie zabija”.
W pokoju zawrzało — rozległ się zmęczony chichot ludzi, którym podoba się wyrok za noszenie odpowiedniej kurtki.
Merritt spróbował ponownie. „Czy możliwe, że twoja żona zamierzała wysłać zwykłe kwiaty i że po ich odebraniu doszło do jakiegoś nieostrożnego obchodzenia się z nimi?”
Pozwoliłem, by cisza trwała wystarczająco długo, by zaczął się zastanawiać, czy go usłyszałem. Potem: „Chyba zostawię beletrystykę dla biblioteki”.
Krzesło uniosło dłoń. „Dziękuję, panie Hale” – powiedziała, nie uśmiechając się, ale i nie rezygnując z uśmiechu. „Może pan usiąść”.
Zszedłem na dół. Kolana mi nie drżały, ale dłonie pokryły się cienką warstwą połysku – niezbyt subtelny sposób, w jaki ciało pozbywa się rzeczy, których nie potrzebuje.


Yo Make również polubił
Moja teściowa przejęła organizację pogrzebu moich bliźniaków, a potem zrzuciła winę za ich śmierć na mnie na oczach wszystkich.
Sernik dyniowy ze streusel
Jak naprawić spleśniałe lub łuszczące się ściany w kilka minut bez konieczności zatrudniania technika
Domowy chleb pita