Woda w letniskowej posiadłości na wybrzeżu Jersey wcale nie smakuje jak woda. Smakuje jak sól, krem do opalania, drogie cytrusowe perfumy i ostry, upokarzający posmak, który pozostaje na języku długo po wyschnięciu.
Miałam wtedy osiemnaście lat i przez dziesięć sekund wciąż wierzyłam, że mogę uchodzić za kogoś, kim nie jestem.
Byłam stypendystką w pożyczonej sukience, tą cichą, która śmiała się pół taktu później, bo tłumaczyłam sobie żarty w myślach – przerabiając je na coś, co nie zostawiało siniaków. Stałam na skraju basenu, który wyglądał, jakby wylano go prosto z magazynu, trzymając kryształowy kieliszek musującego cydru, którego nie chciałam, i modląc się, żeby rąbek mojej sukienki z second-handu nie swędział tak mocno, że zostawił czerwoną linię na skórze jak ostrzegawcza etykieta.
Wtedy świat się załamał i to ja stałem się obiektem żartów.
Zimno owinęło moje płuca niczym dłonie.
Wynurzyłam się z dźwiękiem, którego nie rozpoznałam jako własnego, włosy przykleiły mi się do policzków, tusz do rzęs spływał czarnymi strumieniami, sprawiając, że wyglądałam jak dziewczyna, o której ludzie piszą przestrogi. Szok wywołany przez wodę był okropny, owszem, ale śmiech był gorszy. To właśnie śmiech mnie utopił.
To nie było kilka chichotek. To był refren.
Cały taras pełen dzieciaków w lnianych strojach, butach żeglarskich i o błyszczącej skórze, wyjących w ten sposób, był najzabawniejszą rzeczą, jaka przydarzyła im się tego lata.
A na krawędzi kamienia stał Camden Wexler, patrząc na mnie z leniwym rozbawieniem.
Mój chłopak – przynajmniej w chwilach ciszy, gdy nikt ważny nie patrzył. Chłopak, który lubił mieć mnie przy sobie jak dodatek, który zakłada się i zdejmuje w zależności od stroju.
Podniósł kieliszek, jakby chciał wznieść toast za moje przetrwanie.
„Uważaj, Liz” – zawołał, a jego głos z łatwością przebił się przez uprzejmą muzykę i brzęk lodu w szklankach. „Nie chciałbym, żebyś zatonęła. Ta sukienka może być warta… ile, dwanaście dolarów?”
Ktoś wybuchnął głośnym śmiechem, jakby miał talent.
Unosiłam się w wodzie, walcząc z ciężkim ciągnięciem przemoczonego materiału, który ciągnął moje biodra w dół. Mój telefon – całe moje życie – był w kieszeni, którą zaszyłam, bo zamek zepsuł się miesiące temu. Pomyślałam o moim grafiku z restauracji, o bilecie autobusowym, o garści zdjęć, które zachowałam, bo mama odeszła, kiedy byłam mała, a zdjęcia były wszystkim, co mi zostało i nie sprzeciwiało się.
„Mój telefon” – wydusiłam cienkim głosem. „Camden, to…”
Dziewczyna w jasnożółtej sukience pochyliła się ku niemu z poufałością kogoś, kto nigdy nie musiał prosić o pozwolenie na pokój. Nazywała się Tinsley Rowe i wszystko w niej wyglądało, jakby miało certyfikat autentyczności.
Zmarszczyła nos, nie z powodu basenu, ale z mojego powodu.
„Spokojnie” – powiedziała wystarczająco głośno, żeby najbliżsi mogli ją usłyszeć. „To tylko woda. Poza tym ona zawsze pachnie… olejem silnikowym. To może być coś lepszego”.
To zdanie było jak policzek, bo było konkretne. Oznaczało, że ktoś wyczuł delikatny zapach, który unosił się w powietrzu, bez względu na to, ile razy myłam włosy – smaru z kuchni w barze, starej benzyny z małego garażu za naszym wynajmowanym domem, gdzie wujek naprawiał samochody sąsiadów, żeby światło nie zgasło.
Śmiech stał się ostrzejszy. Okrutniejszy. Bardziej pewny siebie.
Rozejrzałem się za czyjąś ręką. Jakąkolwiek ręką.
Zobaczyłem twarze, którym pomagałem na algebrze. Twarze, którym zastępowałem zmiany. Twarze, do których uśmiechałem się, zdrapując syrop z talerzy. Nikt nie ruszył się w moją stronę. Nikt nie wyszedł z żartu.
Wiedzieli i wiedzieli od zawsze.
Wiedzieli, że nie pasuję do ich grona, od chwili, gdy w pierwszym tygodniu trzeciej klasy otworzyłam usta i źle wymawiałam samogłoski. Wiedzieli, kiedy nosiłam ten sam zimowy płaszcz zbyt wiele dni z rzędu. Wiedzieli, kiedy bez namysłu powiedziałam „tak, proszę pani” nauczycielce. Spędziłam trzy lata szlifując swoje granice, żeby wpasować się w ich świat. Ćwiczyłam mówienie cicho, jakby moje słowa były drogie i trzeba je było racjonować. Głodziłam się małymi, po cichu, żeby móc kupić odpowiednie buty. Nauczyłam się uśmiechać, kiedy miałam ochotę ugryźć.
Wszystko po to, abym mógł stać się rozrywką sezonu.
Camden przykucnął na krawędzi, wystarczająco blisko, by ludzie za nim widzieli jego uśmiech. Nie podał ręki. Zaoferował przedstawienie.
„Chodź, Liz” – powiedział, jakby pomagał szczeniakowi wejść po schodach. „Wynoś się. Wszystko przez ciebie jest dziwne”.
„Nie poślizgnęłam się” – powiedziałam. Prawda wyszła na jaw, zanim zdążyłam ją doszlifować. „Popchnąłeś mnie”.
Mrugnął raz, jakby zdziwiony, że powiedziałem to na głos.
Potem jego uśmiech powrócił, tym razem zimniejszy.
„Nie dramatyzuj” – powiedział. „To impreza. Rozluźnij się”.
Za nim ktoś zawołał: „Przynieście jej ręcznik!”
Inny głos odpowiedział: „Albo worek na śmieci!”
Camden uniósł swój drink w stronę DJ-a, jakby całe wydarzenie było zaplanowane co do rytmu.
„Pogłośnij” – powiedział. „Idziemy dalej. Nikt nie chce spędzić nocy, opiekując się sprawą charytatywną”.
Sprawa charytatywna.
Nie było to najgorsze, co ktokolwiek kiedykolwiek do mnie powiedział, ale było to najbardziej publiczne. Skóra wydawała mi się przez to zbyt napięta w stosunku do kości.
Podciągnęłam się do drabiny, palce ślizgały się po metalu, bo trzęsły mi się ręce. Kiedy wyszłam, woda lała się z mojej sukienki równymi strumieniami, gromadząc się u moich stóp, jakbym się roztapiała. Stałam tam, ociekająca wodą, mała, zimna i odsłonięta.
Chciałem uciekać.
Chciałem zniknąć w żywopłotach i biec dalej, aż dotrę do miejsca, gdzie moje imię nie będzie oznaczało „tymczasowy”.
Camden odwrócił się do mnie plecami, już śmiejąc się z czegoś, co Tinsley szepnęła mu do ucha, jakbym przestała istnieć w chwili, gdy przestałam go zabawiać.
DJ sięgnął do gałki.
Ale muzyka nie stała się głośniejsza.
Zatrzymało się.
Nie dlatego, że zabrakło prądu. Nie dlatego, że ktoś wylał napój na sprzęt.


Yo Make również polubił
Jak Usunąć Czarny Kolor ze Spoin Podłogowych
Miękkie ciasto brzoskwiniowe: szybki, prosty i pyszny przepis
Brzydkie, niebezpieczne i drogie, ale pyszne: czym są Percebes?
Moi rodzice spalili mój czek na 2,5 miliona dolarów i powiedzieli: „Bez podziału nie będzie pieniędzy” — nie zdawali sobie sprawy, że to ja dzierżę prawdziwą władzę.