Babcia uniosła brwi, kiedy jej powiedziałem. „Dog Harbor” – powtórzyła.
„Tam są bezpieczni” – powiedziałem.
Babcia pociągnęła nosem. „Nic nie jest bezpieczne” – powiedziała. Potem zmiękczyła włos. „Ale miło, że się starasz”.
Wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że troska nie zawsze jest delikatna. Czasami troska oznaczała budowanie schronienia z plandeki zdrętwiałymi palcami i wracanie następnego dnia, nawet gdy nikt nie klaskał.
Wieść oczywiście się rozeszła. Małe miasteczka takie są. Wiadomości rozchodzą się szybciej niż autobusy.
Dzieciaki zaczęły nazywać mnie „Pieskiem” zamiast „Dzieciakiem Wózka”. Wydawały szczekające dźwięki, gdy przechodziłem obok. Rzucały żartami jak kamieniami.
Pewnego dnia w szkole Logan Pruitt oparł się o moją szafkę i powiedział: „Więc teraz mieszkasz z psami?”
Próbowałem przejść obok, ale Logan stanął mi na drodze.
„Słyszałem, że karmisz bezdomne zwierzęta” – powiedział wystarczająco głośno, żeby inni też mogli go usłyszeć. „To obrzydliwe. Przyniosą pchły. Chcesz, żeby pchły były w okolicy?”
Policzki mi płonęły. „Oni są po prostu głodni” – mruknęłam.
Logan prychnął. „Ty też” – powiedział. „To nie znaczy, że musimy to zapraszać”.
To zdanie utkwiło mi w piersi niczym drzazga.
Nie popchnąłem go. Nie krzyczałem. Po prostu go ominąłem i odszedłem, zaciskając szczękę.
W domu babcia zobaczyła moją minę, gdy tylko weszłam. Nie zapytała od razu, co się stało. Postawiła przede mną miskę owsianki i postawiła obok szklankę soku jabłkowego, jakby karmiła burzę.
Jadłem w milczeniu przez minutę, skrobiąc łyżkami. Radio cicho szumiało w tle. Dom skrzypiał. Deski podłogowe jęczały pod ciężarem Babci.
W końcu babcia powiedziała: „Ktoś gada?”
Przełknęłam ślinę. „Logan” – mruknęłam.
Babcia prychnęła. „Ten chłopak wypisuje czeki, których jego kręgosłup nie jest w stanie zrealizować, od trzeciej klasy” – powiedziała. Potem dodała ciszej: „Rób dalej to, co robisz”.
Ścisnęło mnie w gardle. „Dlaczego?” – zapytałem, zanim zdążyłem się powstrzymać. „Nikogo to nie obchodzi”.
Babcia wpatrywała się we mnie znad kubka. Stuknęła nim dwa razy o blat, jak zawsze. Potem powiedziała: „Dbasz o mnie. To wystarczy na początek”.
To była babcina etyka opieki zawarta w jednym zdaniu. Nie przemowa. Fakt.
Gdy zima przerodziła się w wiosnę, Dog Harbor stał się częścią mojej rutyny. Szkoła, wózek, młyn, psy, dom. Jak bicie serca.
Dom też ciągle próbował się rozpaść. Dach przeciekał nad tylną sypialnią, gdy padał ulewny deszcz. Stopnie na ganku stawały się coraz bardziej miękkie. Bojler wydawał odgłos przypominający zmęczony kaszel. Babcia i ja łataliśmy, co się dało, gwoździami, smołą i uporem.
Dowiedziałem się, że dom jest jak ciało. Można ignorować objawy przez jakiś czas, ale w końcu przeciek sam się ujawni. Pęknięcie staje się problemem.
Czasem w nocy leżałem w pokoju, słuchając buczenia lodówki, starego radia na korytarzu i cichego chrobotania myszy. Dom brzmiał żywo, ale i zmęczony.
Myślałem o psach pod pomostem, tulących się do siebie, i zastanawiałem się, czy słyszą rzekę tak, jak my słyszeliśmy lodówkę. Nieustanny szum walki o przetrwanie.
Pewnego dnia na początku maja zobaczyłem, jak poziom rzeki wzrasta.
Na początku nie było dramatycznie. Po prostu wyżej niż zwykle, podpływając bliżej podpór pomostu, niosąc ze sobą więcej śmieci. Woda wydawała się ciemniejsza, płynęła szybciej. Trzciny na brzegu uginały się pod nią, jakby próbowały uniknąć pociągnięcia.
Przykucnąłem pod pomostem i obserwowałem psy. Ten z poszarpanymi uszami – nazywałem go już Hankiem, bo wyglądał jak Hank – stał blisko krawędzi, węsząc w powietrzu, jakby wyczuwał zapach kłopotów.
Najmniejszy piesek, Pepper, przytulił się do moich nóg i skomlał.
„Wszystko w porządku” – wyszeptałam, choć nie wiedziałam, czy to prawda. „Będzie dobrze”.
Wróciłem do domu i powiedziałem babci. Stała przy kuchennym oknie ze skrzyżowanymi ramionami, patrząc w szare niebo.
„Burze wiosenne” – powiedziała.
„Poziom rzeki jest wysoki” – nalegałem.
Babcia spojrzała na mnie przenikliwym wzrokiem. „Martwisz się o swoje psy” – powiedziała.
„Nasze psy” – poprawiłam cicho.
Babcia zacisnęła usta, jakby nie chciała się uśmiechnąć. „Dobrze” – powiedziała. „Twoje psy”.
Westchnęła. „Rzeka zawsze przybiera” – powiedziała. „Czasami jest tak wysoka, że aż strach kazać czyścić rynny”.
„Mówię poważnie” – powiedziałem.
Babcia odwróciła się, stuknęła dwa razy w kubek i rzekła: „Więc bądź poważny”.
Następnego dnia wzmocniłem swój wóz.
Nikomu nie powiedziałam, bo nie chciałam się śmiać. Przywlokłam dodatkowe deski na podwórko i przybiłam je do boków wózka, dzięki czemu ściany były wyższe. Przywiązałam linę do łączników uchwytów, żeby się nie chwiały. Nasmarowałam koła wózka odrobiną oleju, który znalazłam w babcinej skrzynce z narzędziami.
Babcia obserwowała wszystko z ganku, trzymając skrzyżowane ramiona.
„Planujesz paradę?” zapytała sucho.
„Powódź” – mruknąłem.
Babcia uniosła brwi. „No cóż” – powiedziała. „Spójrz na siebie. Myślisz przyszłościowo”.
Cicho parsknęłam. „Nie rób z tego czegoś dziwnego” – mruknęłam.
Babcia skrzywiła się. „Nie zrobię tego” – powiedziała.
Ćwiczyłem pchanie wózka przez płytką wodę przy krawężniku, gdy padał deszcz. Wyglądało to absurdalnie – ja w bluzie z kapturem, toczący wózek przez kałuże, jakbym trenował do czegoś. Sąsiedzi patrzyli z okien. Dzieciaki na rowerach pokazywały mnie palcami i śmiały się.
Pani Haskins pokręciła głową, stojąc na ganku, i mruknęła: „Temu chłopcu potrzebne są jakieś hobby”.
Gdyby wiedziała, mogłaby mi zaoferować kamizelkę ratunkową. Albo po prostu zadzwonić po opiekę nad zwierzętami.
Dwa dni przed burzą poszedłem na komisariat policji.
Nie zrobiłem tego, bo ufałem glinom. Zrobiłem to, bo nie miałem wyboru. Na stacji pachniało kawą i starym dywanem. Za ladą, niczym ironia, wisiał kalendarz ze szczeniakiem golden retrievera.
Stałem tam, ściskając czapkę w dłoniach i czekałem, aż ktoś spojrzy w górę.
Podeszła policjantka o zmęczonych oczach. Na jej identyfikatorze widniał napis OFICER CHANDLER. Spojrzała na mnie, jakby już widziała takie dziecko jak ja.
„Co mogę dla ciebie zrobić?” zapytała.
Przełknąłem ślinę. „Pod starym dokiem młyna są psy” – powiedziałem. „Rzeka się podnosi. Jeśli wyleje, zostaną uwięzione”.
Oficer Chandler mrugnęła. „Psy?” powtórzyła.
„Tak” – powiedziałem. „Bezpańskie. Sześć.”


Yo Make również polubił
Chleb Serowy Bezglutenowy: Soczewica Zamiast Mąki, Bez Cukru i Drożdży
Przepis na domową gorzką czekoladę
Roladki mięsne: pyszny przepis na kanapki mięsne
Problemy z dolną częścią pleców: co oznaczają