Część IV
Zanim pozwy zostały wniesione, a e-maile z działu HR o „resetowaniu kultury” przestały udawać inspirujące cytaty, życie na nowo odkryło swój mało efektowny rytm. Dojeżdżałem do pracy przez park, w którym dzieciaki myliły nasiona klonu z helikopterami. Utrzymywałem roślinę przy życiu, ustawiając przypomnienia w kalendarzu, które sprawiały, że mój telefon brzęczał jak ptaszek. W pracy szef wezwał mnie do biura i użył słowa „awans” w zdaniu, które nie brzmiało jak życzliwość, a jedynie jak dokładność.
„Masz czyste rachunki, twoje projekty są realizowane i nie panikujesz, gdy dach przecieka” – powiedział. „Poza tym masz dobry kontakt z ludźmi. Taki, który nie jest nastawiony na efekt”.
„Kiedyś byłem dobry w wyborze restauracji” – powiedziałem.
„To ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślisz” – uśmiechnął się szeroko. „Wyższy tytuł, podwyżka, a i tak nie będziesz znosił spotkań. Zainteresowany?”
„Tak” – powiedziałem i poczułem, jak moje „tak” osadza się na swoim miejscu niczym wspornik półki w szpilce.
Podpisałam papiery i kupiłam sobie porządny fotel, bo jeśli miałam siedzieć na dłuższych spotkaniach, moje plecy zasługiwały na tron. Wysłałam Gemmie zdjęcie aktualizacji stanowiska w portalu HR. Odpisała emotikonami szampana, a ja mówiłam, że wszechświat w końcu płaci rachunki .
Reperkusje firmowej imprezy wciąż dawały o sobie znać w moich pamięciach. Profil Jaya na LinkedInie zamienił się w inspirującego bloga na dokładnie tydzień, zanim jego profil zniknął. W raporcie zarządu pojawiały się takie słowa jak nadużycia , awaria systemowa i rozliczenie . Pracownicy przesyłali mi go z tematami w stylu „!!!” i „wreszcie” . Przestałem je otwierać. Stałem się kanałem dla katharsis ludzi, którzy potrzebowali pozwolenia na odczuwanie gniewu z powodu własnych, niezwiązanych z tym krzywd w miejscu pracy. Nie przeszkadzało mi to, ale nie byłem pastorem tego kościoła.
Media społecznościowe Allison przeszły od manifestu do stagnacji, a potem do pustki. W echu pojawili się ludzie opowiadający jej historię, tak jak kiedyś opowiadali moją. Nauczyłem się nie chłonąć tego wszystkiego. Ostatnim razem, gdy pojawiła się w moim życiu osobiście, rozdarła kopertę na parkingu. To było dobre ostatnie zdanie. Wszyscy na to zasłużyliśmy.
Pewnego popołudnia mój telefon zaświecił się nieznanym numerem i znajomą nutą ostrzegawczą. Pozwoliłem, by włączyła się poczta głosowa. Transkrypcja brzmiała: Tu adwokat pani Jamison. Rozwód sfinalizowany. Ugoda zawarta. Dziękuję za… niezwykłą współpracę. Mimo to odtworzyłem wiadomość ponownie. Rozbrzmiewała w niej dziwna muzyka: cicho grany hymn zwycięstwa.
Julia i ja spotkaliśmy się na kawę ponownie, tym razem w świetle dziennym, które nie sprawiało, że wyglądaliśmy jak spiskowcy. Miała na sobie dżinsy i sweter, a jej sylwetka była o osiem stopni lżejsza niż poprzednio. Nie rozmawialiśmy o Jayu. Rozmawialiśmy o naszych matkach, o cieście i o tym, jak niektóre restauracje udają, że są swobodne, a straszą cenami. Kiedy wstałem, żeby wyjść, położyła mi rękę na ramieniu. „Jest taki świat” – powiedziała – „w którym znamy się tylko dlatego, że kłóciliśmy się o to samo miejsce parkingowe w supermarkecie. Wolę ten”.
„Ja też” – powiedziałem. „Ten, w którym oboje znaleźliśmy hamulce”.
Tydzień później Mark wysłał SMS-a ze zdjęciem ostemplowanej koperty: „ Zarchiwizowane”. Dodał: „Dziękuję, że zostałeś”. Napisałem: „Dziękuję, że wróciłeś” i długo wpatrywałem się w niebieski dymek, zanim kliknąłem „Wyślij”, bo czasem nawet pochwała może przypominać szklankę, którą boisz się upuścić.


Yo Make również polubił
Syrop miętowy z cytryną
Prawdziwe przyczyny ciągłego zalegania śluzu w gardle i jak się go pozbyć
Zacznij jeść dwa goździki dziennie, a podziękujesz mi za życie
Przyspiesz wzrost roślin na balkonie i w ogrodzie