Moi rodzice ukrywali mój guz, nazywając to „dramatem” – a potem odkrycie chirurga zaszokowało wszystkich… CH2 – Page 9 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Moi rodzice ukrywali mój guz, nazywając to „dramatem” – a potem odkrycie chirurga zaszokowało wszystkich… CH2

Ich prawnik pociągnął go za krawat. „Powinniśmy iść” – mruknął.

„Wracaj do zdrowia” – powiedział mój ojciec, parodią kartki okolicznościowej. Mama, ciszej: „Nie wiedzieliśmy, jak być kimś innym”. Potem odeszli.

Jakaś część mnie chciała, żeby się odwrócili. Żeby powiedzieli: „ Byliśmy w błędzie. Staramy się być lepsi”. Ale ludzie nie stają się lepsi, bo tego od nich oczekujemy. Stają się lepsi, bo coś ich otwiera i wpuszcza światło. Moi rodzice byli pęknięci. To, czy wpuszczą światło, nie było, ostatecznie, moim zadaniem.

Po zawarciu ugody wyprowadziłem się od Lindy i zamieszkałem w studio z porysowaną drewnianą podłogą i kaloryferem, który zimą tykał jak beatbox. Nadal pracowałem w księgarni, choć Linda próbowała mnie od razu awansować, bo uważa, że ​​człowiek najlepiej się goi, gdy powierza mu się więcej. Powiedziałem jej, że chcę zwyczajną kasę i od czasu do czasu zapadającą się wystawę przewodników turystycznych. Skinęła głową, cierpliwie czekając na moją potrzebę dowiedzenia się, że znów mogę być zwyczajny.

Z premedytacją zapisałem się na mniej zajęć. Community college był sceną, którą dzieliłem z moim guzem przez zbyt długi czas. Zapisałem się na warsztaty pisarskie, bo słowa uratowały mnie więcej razy, niż mógłbym zliczyć – bo ostatnie sześć miesięcy wydawało mi się historią, którą opowiedziano o mnie i chciałem opowiedzieć ją własnym głosem. Profesor, człowiek, który nosił flanelę przez cały rok i czytał na głos, jakby opowiadał historie o duchach przy ognisku, powiedział mi, żebym przestał przepraszać na papierze. „Twoje życie nie potrzebuje zastrzeżeń”, powiedział. „Twoje zdania wystarczą”.

We wtorki, po radioterapii, siedziałem w małym pokoju z innymi młodymi dorosłymi, których zdrowie oderwało się od ich oczekiwań. Była dziewczyna, której choroba autoimmunologiczna rozsadzała stawy. Był facet, którego serce postanowiło grać jazz w nieregularnych odstępach czasu. Rozmawialiśmy o ciałach, pieniądzach i absurdalnych sposobach, w jakie ludzie próbują cię pocieszyć. Dużo się śmialiśmy. Czasami płakaliśmy. Czułem się jak religia bez hierarchii: kościół żywego ciała.

Spotykałem się też z doktorem Patelem co miesiąc, a potem co trzy. Za każdym razem emanował tą samą cichą kompetencją. Pochylał się nad ekranem i niczym przewodnik opowiadał o moich wnętrznościach: „Oto jama po resekcji. Oto obszar, który obserwujemy. Oto, co wygląda stabilnie”. Nauczyłem się kształtów mojej przyszłości w skali szarości. Nauczyłem się mówić „ stabilnie” z szacunkiem.

W wolnych chwilach, kiedy nie pracowałam ani nie byłam skanowana, zaczęłam wolontariat w młodzieżowym centrum zdrowia w centrum miasta, w witrynie sklepowej z muralem przedstawiającym dziewczynkę w czerwonej czapce czytającą książkę, a nad jej ramieniem unosiły się rakiety. Dyrektorka, kobieta o imieniu Tasha, która potrafiła pisać wnioski o granty jak sonety, nauczyła mnie, jak opiekować się dziećmi, gdy ich rodzice jechali samochodem za szybko w złym kierunku. Dzwoniłyśmy do firm ubezpieczeniowych. Tłumaczyłyśmy żargon lekarski. Nazywałyśmy doznania. Mówiłyśmy: „Nie jesteś szalona”. Mówiłyśmy: „Twoje ciało należy do ciebie, niezależnie od tego, kto płaci składki”.

Czasami opowiadałam swoją historię. Nie o drastycznych fragmentach – o śmierdzącej poszewce na poduszkę, smaku metalu, o półgłowie ogolonym jak na prowokację. Takie szczegóły bywają lubieżne; mogą sprawić, że ludzie będą słuchać z niewłaściwych powodów. Zamiast tego opowiadałam o rachunku z nabazgranym napisem „bezpłatna klinika”. O złożonej karcie ubezpieczeniowej, która działała jak smycz. O siostrze, która zamieniła telefon w narzędzie, i o menedżerze, który przekuł jej troskę w podwózkę do domu. O lekarzu, który powiedział „ przepraszam” i miał na myśli, że się poprawię. O tym, jak słowo „przekleństwo” wpasowało się w moje usta i stało się moim.

„Zdziwiłbyś się, jak często ludzie potrzebują, żeby ktoś pierwszy użył tego słowa” – powiedziała Tasha po długim dniu. „Myślimy, że nadajemy mu dramatyzmu, nazywając je. Ale nazwanie go sprawia, że ​​staje się realne i wystarczająco małe, żeby je zmieścić”.

„Na tyle mały, że można go trzymać” – powtórzyłam i pomyślałam o dniu, w którym po raz pierwszy dotknęłam guza, jaki był malutki, jak łatwo było go zignorować.

Wiadomości nie zawsze były dobre. Bywały noce, kiedy budziłam się z bólem, który przypominał zapamiętaną piosenkę: znajomą, niechcianą. Były popołudnia, kiedy odstawiałam szklankę i o centymetr nie trafiłam w stół, bo mój mózg zapominał poprawnie powiedzieć dłoni, gdzie jest przestrzeń. Były rozmowy, w których usta ludzi się poruszały, a ja nie wyłapywałam wystarczająco dużo słów, by wypełnić ciszę. Nauczyłam się mówić: „Jestem głucha z tej strony” bez wstępu, bez śmiechu, bez ułatwiania życia innym. Nauczyłam się bronić, jakbym była swoją starszą siostrą.

Pewnego dnia, po miesiącach tej nowej normalności, do centrum weszła dziewczyna w bluzie z kapturem, ściąganej tak mocno wokół twarzy, że widać było tylko półksiężyc skóry. Miała siedemnaście lat. Matka powiedziała jej, że skurcze to „osłabienie”. Ojciec powiedział jej, że miesiączki są „obrzydliwe” i „zmyślone”. Krwawiła od trzech miesięcy. Nadal chodziła do szkoły. Po lekcjach pracowała w salonie kosmetycznym. Zaczęła sobie wmawiać, że to tylko jej się wydaje.

Siedzieliśmy razem w małym gabinecie, który Tasha pomalowała na blady kolor, nazywając go z marketingową śmiałością „Serenity” (Spokój). Zadawałem pytania. Robiłem notatki. Słyszałem w jej głosie siebie młodszego. Potem wykonałem telefony. Klinika przyjęła ją tego samego dnia. Lekarz zmarszczył brwi, wypisał zlecenia, a potem powiedział o wielotorbielowatości , anemii i leczeniu. Ulga na twarzy dziewczyny jednocześnie coś zniszczyła i coś zbudowała. „Czuję się jak szalona” – powiedziała, a ja pokręciłem głową. „Czujesz się oszukana” – powiedziałem. „To co innego”.

Przechyliła głowę, ruch, który zrozumiałem zarówno ze względu na jego znaczenie, jak i odczucia. „Dziękuję” – powiedziała. „Za to, że mi uwierzyłaś”.

„Właśnie tego kiedyś chciałem” – powiedziałem. Zabrzmiało to słodko-gorzko, jak to często bywa z prawdą.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Jeśli chodzi o pranie butów, zawsze musisz zwracać uwagę na tysiąc czynników!

Tak naprawdę jest kilka wskazówek, których należy przestrzegać, pierwsza to umieszczenie ich na zewnątrz na balkonie lub w pomieszczeniu w ...

Dlaczego ludzie o zielonych oczach są tak wyjątkowi?

Na szczęście nastawienie ewoluowało, a to, co kiedyś budziło podejrzenia, jest dziś uznawane za rzadki atut, oznakę oryginalności i niepowtarzalnego ...

Lemoniada z ananasem i mango 🍋🥭🍍

1️⃣ Zmiksuj owoce: W blenderze połącz kawałki ananasa i mango z 1 szklanką wody. Zmiksuj do uzyskania gładkiej konsystencji. 2️⃣ ...

Objawy raka trzustki, które warto znać i jak rozwija się choroba

Palenie papierosów, cygar i używanie innych form tytoniu. Otyłość, zwłaszcza jeśli masz nadwagę w talii. Cukrzyca, zwłaszcza cukrzyca typu 2 ...

Leave a Comment