Grupa handlarzy ludźmi zabrała moją córkę i kazała mi o niej zapomnieć. Nie wiedzieli, kim jestem… CH2 – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Grupa handlarzy ludźmi zabrała moją córkę i kazała mi o niej zapomnieć. Nie wiedzieli, kim jestem… CH2

Pocałowałem ją w czoło. „Zadzwoń, jak wrócisz do akademika” – powiedziałem, a słowa zabrzmiały jak pukanie w niemalowane drewno. „Kocham cię”.

„Ja też cię kocham”. Cofnęła się o dwa kroki, a potem – jak zawsze – powiedziała: „Oddychaj, tato”, jakbym to ja miał zaraz zdawać egzamin ustny, jakby mój domyślny stan nie był listą kontrolną ocen zagrożenia, którą trzymałem w głowie niczym inni mężczyźni statystyki baseballowe.

Kiedy drzwi się zamknęły, w domu znów zapadła wyćwiczona cisza. Stałem w niej przez chwilę, nasłuchując czegoś, czego nie było – jakiegoś śladu innego życia – i słyszałem tylko kapanie kawy i warkot kosiarki dwie ulice dalej. Spokój to coś, co można zmierzyć, kiedy się bez niego pożyje.

Mój gabinet znajdował się tuż przy korytarzu, był to kwadratowy pokój z dwoma oknami, lampą kreślarską i o jedną szafkę za dużo. Zdjęcia rodzinne tworzyły luźną konstelację nad biurkiem: Adah zakopana w zaspie, Adah na karuzeli, Adah trzymająca w obu dłoniach mglistą rybę i z uśmiechem, który mówił, że doskonale rozumie triumf. Takie biurka, tak ustawione, otoczone tego rodzaju normalnością, to miejsce, do którego się idzie, gdy chce się dożyć setki.

Laptop zawibrował, jak zawsze, punktualnie o dziewiątej. Obróciłem ekran i zobaczyłem jednowierszową wiadomość zapisaną banalnie prostym szyfrem. Ludzie, którzy nauczyli mnie go pisać, byli przekonani, że złożoność to zaproszenie do porażki; mieli rację.

PACZKA BEZPIECZNA. POGODA BEZPIECZNA.

Stare nawyki, kwartalne meldunki. Koło ratunkowe od człowieka, który kiedyś powiedział mi, jak głodować przez czterdzieści osiem godzin bez utraty ostrości umysłu. Usunąłem to. Potem otworzyłem teczkę roszczeń ze zdjęciami zwęglonego domu na ranczu, gdzie matka przeżyła, a pies nie. Podejrzana polisa dodatkowa wykupiona dwa miesiące wcześniej, brat-wykonawca z historią zleceń tylko za gotówkę – schematy śpiewają, jeśli słucha się wystarczająco długo.

W południe mój telefon zawibrował. Numer był nieznany, prefiks lokalny. Instynkt każe mężczyźnie zacisnąć mocniej dłonie, zanim zrobi to myśl. Pozwoliłem mu zadzwonić raz, drugi raz, odebrałem za trzy, tak jak mnie nauczono, kiedy to miało znaczenie.

„Panie Porter?” Młody głos, wyćwiczony w profesjonalizmie, przyćmiony naglącym niepokojem. „Tu ochrona kampusu Colorado State”.

Każdy prosty rytuał w tym domu uległ zakłóceniu.

„Tak” – powiedziałem, starając się, żeby dzieciak mógł stanąć, nie ślizgając się. „Co się stało?”

Uderzenie było tak krótkie, że ledwo wyczuwalne, ale i tak je poczułam. „Pani córka nie wróciła wczoraj wieczorem do akademika. Opuściła dwa poranne zajęcia. Jej współlokatorka skontaktowała się z nami, kiedy nie odpowiadała na SMS-y. Mamy jej samochód na parkingu biblioteki. Brak śladów walki. My… eee… skontaktowaliśmy się z lokalną policją, ale ponieważ minęło zaledwie…”

„Gdzie jesteś?” Już szedłem. Klucze na wieszaku. Torba podróżna w szafie w przedpokoju, za śniegowcami i pudełkiem starych lampek choinkowych. Wyparte rzeczy nabierają ciężaru, gdy się ich znów dotyka.

„Jesteśmy w biurze bezpieczeństwa kampusu, panie Porter.”

„Zostań tam. Będę za dwie godziny.”

„Panie, policja…”

„Będę za dwie godziny” – powtórzyłem i zakończyłem połączenie.

Torba była lżejsza, niż powinna być, i cięższa, niż chciałem. W środku znajdowała się zebrana przeszłość: telefon z jednorazowym etui w kawałkach, narzędzie wielofunkcyjne z krawędziami ostrzonymi papierem ściernym o gradacji 600, rolka podkładek do zamków, przycięty plik banknotów, dwa dowody osobiste, zegarek, który przetrwałby przejechanie, zdjęcie, które zachowałem, bo wybaczenie wymaga twarzy.

Pierwszy kilometr za Denver to pasmo przypomnień. Billboardy z ogłoszeniami prawników od odszkodowań za obrażenia ciała, jeden z ogłoszeniem o strzelnicy, trzy z ogłoszeniem o kościele. Moje ręce znały drogę tak, jak pianista zna klawiaturę: dotyk i pamięć, bez konieczności myślenia. Przez pięć minut nie dzwoniłem do nikogo. Potem zadzwoniłem do wszystkich.

Tak naprawdę nigdy się nie poddaje. Po prostu odsuwasz się na bok i masz nadzieję, że nurt zapomni, żeby cię z powrotem wciągnąć. Ale on ma długą pamięć i kiedy cię chce, chce cię teraz.

Zostawiłem wiadomość, którą zrozumiałbym, nawet gdyby głos po drugiej stronie nigdy wcześniej mnie nie słyszał. Wysłałem e-maila w zwykłym tekście, gdzie zwykły tekst oznaczał śmiertelną powagę. Aktywowałem uśpione funkcje na kontach, których nazwy były puste. Sięgnąłem do baz danych, które mogłyby zaszkodzić karierze, gdyby ktoś przyłapał mnie na ich dotykaniu, i i tak to zrobiłem. Moja córka nie była karierą.

Zanim dotarłem do Fort Collins, kredowe linie zaczęły pojawiać się wokół dnia. Adah wpadła do biblioteki o 19:16. Wypożyczyła książkę o międzynarodowej polityce gospodarczej o 20:11. Zadzwoniła do mnie o 20:47. Kamera na północnych schodach uchwyciła ją o 21:02, z plecakiem na głowie i wysoko upiętym kucykiem. Kamera przy południowej bramie, ta, która zawsze wszystkich widziała, jakimś cudem nie zarejestrowała jej o 21:06. Jej telefon zgasł o 21:23, dwie przecznice na południe, na ulicy z kwitnącymi drzewami i bez kamer w witrynach sklepowych. Furgonetka przejechała pętlę wokół kampusu dwa razy między 20:40 a 21:10, z tablicami rejestracyjnymi pokrytymi błotem, z lekko przyciemnionym prawym tylnym światłem.

Zaparkowałem w miejscu, gdzie nikt nie zwracałby na mnie uwagi i odczekałem trzydzieści sekund, aż powietrze posłuchało.

Detektyw Carmen Schneider wyglądała jak kobieta, która dokładnie ogarnia świat, a potem podejmuje decyzje obiema rękami. Ciemne włosy upięte w kok z napisem „powodzenia” wytrącały mnie z równowagi, a jej oczy nauczyły się dostrzegać szczegóły. Miała spojrzenie, które widuję w lustrach, którym nie ufam – kogoś, kto wyrobił sobie nawyk unikania zaskoczenia.

„Panie Porter” – powiedziała, podając rękę i ostrożnie ściszając głos. Nie litość. Przestrzeń. „Nie wyobrażam sobie, co pan…”

„Zadzwoniłaś do mnie” – powiedziałem i uświadomiłem sobie, że to nie ja się jej przedstawiłem, tylko ochrona. „Dziękuję”.

Skinęła głową. „Przeszukaliśmy bibliotekę. Mamy harmonogram. Mamy twoją córkę na nagraniu o dziewiątej dwie, a potem… nic. Żadnego bankomatu, żadnego konta w mediach społecznościowych. Jej samochód wciąż stoi na parkingu. Przeprowadzamy wywiady ze znajomymi, profesorami. Czy mogła gdzieś pójść…?”

„Jej telefon zadzwonił o 9:23. Dwie przecznice na południe od kampusu”. Podałem jej wydrukowane współrzędne. Mogłem powiedzieć, że mam znajomych u operatora telekomunikacyjnego, bo czasami prawda jest po bezpiecznej stronie kłamstwa.

Przekrzywiła oczy. „Szybko” – powiedziała. Nie zapisała pytania; zapisała je gdzieś, skąd będzie mogła je później znaleźć. „Wyciągnęłaś sygnały z wieży?”

“Tak.”

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Naturalny nawóz do pomidorów: 8 domowych składników, które dają zdrowe zbiory

Podstawy naukowe: Pomidor, czyli Solanum lycopersicum, pochodzi z Ameryki Środkowej i Południowej i należy do rodziny psiankowatych. Historyczne przybycie: Pomidory ...

Słynne naleśniki z cukinii dla całej rodziny. Zawsze przygotowuję podwójną dawkę

Przygotowanie ciasta: Wymieszaj cukinię, jajka, kefir, pietruszkę i sól. Dodawaj mąkę, aż uzyskasz płynną konsystencję, następnie dodaj olej i sodę ...

Gotuję tę zupę warzywną prawie codziennie – sprawdź, dlaczego warto!

Podsmaż warzywa Na rozgrzanej oliwie podsmaż posiekaną cebulę, czosnek i por. Gdy staną się miękkie i aromatyczne, dodaj marchewkę, ziemniaki ...

Leave a Comment