CZĘŚĆ I

Deszcz walił w szklane ściany Memorial Hospital w San Diego , zalewając okno gabinetu dyrektora, jakby sama natura chciała interweniować – lecz było za późno.

10:45 dr Amelia Grant , trzydziestodwuletnia lekarka rezydentka i była sanitariuszka marynarki wojennej, stała w postawie wyprostowanej przed mahoniowym biurkiem. Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że musiała chwycić stetoskop wiszący jej na szyi, żeby go ukryć. Łzy spływały jej po twarzy, gorące i upokarzające, bo wiedziała, że ​​dziś rano postąpiła słusznie – i że została za to zniszczona.

Naprzeciwko niej, dr Richard Owens , dyrektor szpitala, odchylił się w skórzanym fotelu, skrzyżował ramiona i stał się uosobieniem zimnej, administracyjnej pewności.

„Wykonałeś operację bez zezwolenia” – powiedział głosem tak ostrym, że mógłby przeciąć stal. „Jesteś zwolniony”.

Amelia przełknęła ślinę. „Zrobiłam to, bo pacjent umierał”.

„Naruszyłeś protokół” – warknął Owens. Okulary w cienkich oprawkach zsunęły mu się na nos, gdy wskazał na drzwi. „Wyjdź, zanim wezwę ochronę”.

Jej głos się załamał. „Panie, z całym szacunkiem…”

„Nie” – powiedział Owens, stanowczo i niewzruszenie. „Nie będę słuchał wymówek. Jesteś zwolniony”.

Kiedy wyszła na korytarz, drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem – ostro, ostatecznie, chirurgicznie.
Jej koledzy patrzyli na nią szeroko otwartymi, bezradnymi oczami.

Niektórzy szeptali. Inni zwieszali głowy. Kilku mrugało szybko, próbując okazać współczucie, ale widziała to w ich minach – cieszyli się, że to nie oni.

Jedna młoda pielęgniarka bezgłośnie powiedziała: „ Przepraszam bardzo” , ale Amelia nie miała już sił, żeby odpowiedzieć.

Jej odznaka zwisała z smyczy niczym bezwładny ciężar. Zerwała ją i wcisnęła do kieszeni, idąc w stronę wind. Każdy krok wydawał się cięższy, jakby szła po mokrym betonie.

Pięć minut później – gdy tylko minęła izbę przyjęć – budynek zadrżał.
Początkowo pomyślała, że ​​to grzmot.

Ale za to-

ŁUP-ŁUP-ŁUP-ŁUP-ŁUP—

Wirniki.
Blisko.
Szybko.
Mocno.

Personel zamarł. Pacjenci odwrócili się w stronę okien. Ktoś westchnął.

Szary śmigłowiec marynarki wojennej — UH-60 Black Hawk — schodził na lądowisko na dachu, wzbijając gwałtowne spirale mgły.

Lekarze pochylili się do przodu. Pielęgniarki przyciskały się do szyby.
Nawet radia ochroniarzy trzeszczały z niedowierzaniem.

Wyskoczył szef załogi, a za nim wysoki, barczysty oficer marynarki wojennej w mundurze taktycznym.

Złożył dłonie w miseczkę i krzyknął ponad wirnikami:

„ Potrzebuję doktor Amelii Grant — TERAZ! ”

Cisza przetoczyła się przez oddział ratunkowy niczym fala uderzeniowa.
Ktoś wskazał palcem.

„Właśnie ją zwolniono”.

Oficer skrzywił się. „To sprowadź ją tu z powrotem! Natychmiast!”

Ludzie gapili się na Amelię, jakby właśnie wyszła z filmu. Ale ona się nie poruszyła. Nie mogła. Serce waliło jej w piersiach, jakby chciało biec przed siebie, bez niej.

„Doktorze Grant!” zawołała pielęgniarka. „Potrzebują pana na dachu!”

Deszcz smagał jej ubranie, gdy dwóch funkcjonariuszy ochrony eskortowało ją na górę klatką schodową — tym razem nie po to, by ją stamtąd wyprowadzić, ale by zaprowadzić ją do czekającego wojskowego helikoptera.

Gdy weszła na dach, zamarła.

„James?” wyszeptała.

Przed nią stał porucznik James Miller , lat 38, żołnierz Navy SEAL, człowiek, którego życie uratowała lata temu na polu bitwy w Afganistanie. Opatrywała go sama po tym, jak eksplozja rozerwała ich oddział – wykonując zabiegi chirurgiczne, których żaden medyk nie powinien wykonywać sam.

Skinął jej energicznie głową. „Dobrze cię widzieć, doktorku”.

Jej głos był ledwie słyszalny. „Co się dzieje?”

Jego wyraz twarzy był natarczywy, ale ciepły. „Rozbicie helikoptera na morzu. Pilot w stanie krytycznym. Złamane żebra. Głęboki uraz. Potrzebują sanitariusza z twoim doświadczeniem. Tylko tobie ufam”.

Z interkomu szpitalnego dobiegł trzeszczący, gniewny głos Owensa:

„Porucznik Miller, ona już tu nie pracuje…”

James wyrwał radio członkowi załogi.
„Panie, to jest zamówienie wojskowe w ramach nadzwyczajnego protokołu Marynarki Wojennej. Dr Grant jest aktywowany”.

Szum. Cisza.

Wtedy James zwrócił się do niej.

„Weź swój sprzęt. Idziesz z nami.”

Po raz pierwszy od rana Amelia poczuła, jak coś elektrycznego wlewa się do jej żył – cel.
Prawdziwy cel.

Wsiadła do helikoptera, zapięła uprząż, a śmigła zagrzmiały nad jej głową, gdy Black Hawk wzbił się w powietrze.

W dole – przez burzę, przez szybę – widziała zszokowane twarze lekarzy, pielęgniarek, pacjentów i administratorów. Patrzyli, jak się wznosi – kobieta, którą wygnano kilka minut wcześniej, kobieta, która ich zdaniem nie pasowała do tego miejsca.

Wpatrywała się w nie, dopóki nie zniknęły w deszczu.

Szepnęła pod nosem:

Wrócę. Ale nie po to, żeby przepraszać.

Helikopter przebijał się przez gęste, szare chmury, gdy James wsunął jej na kolana apteczkę.

„Standardowy sprzęt bojowy” – powiedział. „Ograniczone zapasy. Brak obrazowania. Brak pełnego bloku operacyjnego”.

Otworzyła je i szybko przeszukała – gaza, zaciski, dreny piersiowe, sól fizjologiczna, ssak polowy, kompaktowy zestaw do torakotomii. Jej oddech się uspokoił. Drżenie ustało.

To był jej świat.
Tu została zbudowana.

Zacisnęła pasy. „Jaka jest ocena?”

„Pilot został trafiony odłamkiem w klatkę piersiową podczas awaryjnego lądowania. Ustabilizowano go, ale jego stan szybko się pogarsza. Lekarz jest przytłoczony”.

„Jak daleko?”

„Czterdzieści mil morskich” – powiedział James. „Dwadzieścia minut”.

Amelia skinęła głową, czując coś, co, jak jej się wydawało, utraciła: jasność umysłu.
Szpitale cywilne były korytarzami biurokracji – niekończących się protokołów mających chronić instytucje, a nie zawsze pacjentów.

Pola bitew były okrutne, chaotyczne – ale uczciwe.
Działałeś, albo ktoś ginął.

W radiu słychać było trzeszczące, przerażone głosy.

„Black Hawk w drodze — ETA za piętnaście minut — pacjent w stanie krytycznym — płytki oddech — niestabilne ciśnienie krwi”

James obserwował ją, gdy sprawdzała sprzęt.

„Jesteś na to gotowy?” zapytał.

Skinęła mu energicznie i z skupieniem. „To właśnie robię”.

Statek – ogromny lotniskowiec – wyłonił się z mgły niczym miasto wyłaniające się z morza. Helikopter wylądował na pokładzie, witany przez marynarzy krzyczących rozkazy przez śliski od deszczu metal.

W chwili, gdy Amelia wbiegła do sali medycznej, zobaczyła pilota.

Szara skóra.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama