Strząsnęłam ją z siebie i znalazłam małą, zapinaną na suwak saszetkę z napisem „APTEKA NA CUKRZYCĘ” napisanym starannie drukowanymi literami, jakby ktoś — zapewne jego matka — zapakował ją z miłością i strachem.
W środku: glukometr, paski testowe, peny z insuliną, tabletki z glukozą, kontakty alarmowe i — dzięki Bogu — zestaw do podawania glukagonu.
Wyciągnąłem tabletki glukozy i odwróciłem się.
Oczy chłopca lekko się wywróciły. Jego szczęka opadła.
„Włożę ci to do ust” – powiedziałem, choć nie byłem pewien, czy mnie słyszy. „Spróbuj pogryźć”.
Włożyłem mu dwie tabletki między usta.
Nie żuł.
Nie mógł.
Caroline szarpnęła mnie za ramię i odciągnęła.
„Przestań natychmiast” – syknęła – „albo wezwę kapitana, żeby cię obezwładnił”.
Mężczyzna po drugiej stronie przejścia wstał — trzydziestolatek, czapka baseballowa, twarz z rodzaju tych, które wyglądały na wiecznie zmęczone.
„Oszalałaś?” – powiedział do Caroline. „Ten dzieciak ma kłopoty. Pozwól jej mu pomóc”.
Policzki Karoliny poczerwieniały. „Proszę pana, proszę natychmiast usiąść.”
Nie, nie zrobił tego.
„Dzwonię pod numer 911” – powiedział, wyciągając telefon.
Karolina naprawdę się roześmiała.
„Jesteśmy na wysokości trzydziestu pięciu tysięcy stóp. Nie ma 911. Odpowiadam za bezpieczeństwo pasażerów”.
Głowa chłopca pochyliła się do przodu.
A potem zwiotczał.
Coś we mnie przestawiło się na chłodniejszy bieg.
Gdyby ona nie zadzwoniła, ja bym to zrobił.
Przepchnąłem się obok Caroline i chwyciłem za interkom znajdujący się przy kuchni.
„To nagły przypadek medyczny” – powiedziałem do niego, roznosząc go po całej kabinie. „Jestem pielęgniarką. W ósmym rzędzie jest pasażer z cukrzycą, który traci przytomność. Kapitan musi zgłosić nagły przypadek medyczny i przygotować się do lądowania priorytetowego”.
Caroline wyrwała mi telefon z ręki i odłożyła go z powrotem.
„Właśnie popełniłeś przestępstwo federalne” – syknęła. „Nieuprawnione użycie systemów łączności pokładowej. Zostaniesz aresztowany zaraz po lądowaniu”.
Z głośników nad głową wydobywał się trzask.
„Tu kapitan DeMarco” – rozległ się głos. „Czy ktoś właśnie zgłosił nagły przypadek medyczny?”
Zanim Caroline zdążyła odpowiedzieć, pasażerowie zaczęli krzyczeć.
„Tak!”
„Zemdlał!”
„Ona mu nie pomoże!”
„To dziecko jest nieprzytomne!”
W kabinie wybuchła eksplozja. Ludzie stali, wyciągali szyje, telefony unosiły się niczym peryskopy. Głosy nakładały się na siebie, gniewne i przestraszone – taki chaos, jaki powstaje, gdy zwykli ludzie zdają sobie sprawę, że władza zawodzi w czasie rzeczywistym.
Usłyszałem głos kapitana DeMarco.
„Stewardeso Brennan, proszę natychmiast zgłosić się na pokład.”
Caroline rzuciła mi spojrzenie pełne czystej nienawiści i ruszyła w stronę kokpitu.
W chwili jej odejścia powietrze w kabinie uległo zmianie – jakbyśmy wszyscy jednocześnie wypuścili powietrze.
Wróciłem do chłopaka.
Jego puls był ledwo wyczuwalny pod palcami. Płytki oddech. Skóra zimna i wilgotna.
Mężczyzna po drugiej stronie przejścia pojawił się ponownie, trzymając w ręku małą butelkę soku pomarańczowego.
„Wziąłem to z kambuza” – powiedział. „Czy to pomoże?”
„Tak” – odpowiedziałem, przyjmując to jak złoto.
Przechyliłem głowę chłopca, otworzyłem mu drogi oddechowe i podawałem mu do ust małe łyki, uważnie obserwując, czy połknął. Większość spłynęła mu po brodzie. Trochę też.
Nie wystarczy.
Potrzebował glukagonu.
Wyrwałam z jego saszetki apteczkę ratunkową, a ręce zaczęły mi drżeć – nie ze strachu, ale z presji czasu. Robiłam to setki razy na ostrym dyżurze. Nigdy nie robiłam tego wciśnięta między fotele w samolocie, podczas gdy obcy ludzie patrzyli, a ktoś mnie filmował.
„Dobrze, Ian” – mruknęłam, odczytując nazwisko z jego karty zgłoszenia, bo imiona są jak magnes dla ludzi. „Ian, dam ci lek podnoszący poziom cukru we krwi”.
Znalazłem miejsce zastrzyku na jego udzie i podałem glukagon.
Potem czekaliśmy.
Te minuty wydawały się godzinami.
Kobieta dwa rzędy dalej płakała cicho, przyciskając dłonie do ust. Ktoś teraz filmował ją otwarcie. Kobieta, która siedziała obok Iana, drżącymi palcami trzymała jego kartę kontaktową w nagłych wypadkach.
„Nazywa się Ian Fletcher” – powiedziała na głos łamiącym się głosem. „Tutaj jest numer jego mamy. Mam zadzwonić?”
„Tak” – powiedziałem. „Zadzwoń do niej. Powiedz jej, że żyje i że sprowadzimy mu pomoc”.
Podeszła szybko młodsza stewardesa — około dwudziestu pięciu lat, z kucykiem i szeroko otwartymi oczami.
„Jestem Amy” – powiedziała. „Co się stało?”
Nie zawracałem sobie głowy jego zmiękczaniem.
„Wzywałem pomoc piętnaście minut temu” – powiedziałem. „Caroline nie chciała uwierzyć, że to prawda. Próbowała mnie powstrzymać”.
Twarz Amy posmutniała.
„O mój Boże” – wyszeptała i uklękła obok mnie, żeby sprawdzić mu puls. „Podałeś mu glukagon?”
„Trzy minuty temu.”
Amy przycisnęła palce do jego nadgarstka, po czym spojrzała w górę, jakby próbowała powstrzymać się od przeklinania.
„Przepraszam bardzo” – powiedziała. „Siedziałam z tyłu. Nie wiedziałam”.
Kapitan DeMarco znów odezwał się z głośników.
„Szanowni Państwo, ogłaszamy nagły przypadek medyczny i za około dwadzieścia minut nastąpi awaryjne lądowanie w Albuquerque. Prosimy o pozostanie na miejscach i zachowanie wolnych przejść.”
Dwadzieścia minut.
W szpitalu dwadzieścia minut to długo. W samolocie to wieczność.
Patrzyłem na Iana, jakby moje oczy chciały go ożywić.
Cztery minuty po zastrzyku jego powieki zaczęły drgać.
Pięć minut, cichy dźwięk w gardle.
Sześć minut, jego palce drgnęły.
„Ian” – powiedziałem, nachylając się. „Słyszysz mnie? Jesteś bezpieczny. Spadł ci poziom cukru we krwi. Podaliśmy ci glukagon”.
Otworzył oczy – niewidzące i przestraszone.
„Gdzie?” wyszeptał.
„Jesteś w samolocie” – powiedziałem. „Masz doła. Pamiętasz, co dzisiaj jadłeś?”
Przełknął ślinę i skrzywił się.
„Zapomniałem” – mruknął. „Śniadanie. Źle się poczułem”.
Klasyka. Zdenerwowany dzieciak podróżujący samotnie, opuszczający posiłek, z insuliną wciąż na pokładzie i poziomem cukru we krwi spadającym jak zapadnia.
Amy przyniosła więcej soku pomarańczowego i krakersów. Ianowi udało się upić łyk, drżąc. Jego policzki zaczęły nabierać rumieńców.
Za nami telefony wciąż nagrywały. Relacja już opuszczała samolot.
Caroline pojawiła się znowu w tylnej części kabiny, ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrując się gniewnie, jakby problemem nie było dziecko bliskie śmierci, lecz moja odmowa posłuszeństwa.
Lądowanie w Albuquerque było trudne. Szybkie. Samolot uderzył w płytę lotniska z taką siłą, że w kabinie rozległy się westchnienia.
W chwili, gdy przestaliśmy jechać, drzwi się otworzyły i wbiegli ratownicy medyczni z torbami i noszami.
Szybko zdałem raport, podczas gdy oni sprawdzali poziom glukozy: 32 mg/dl .
Główny ratownik medyczny — Russell, którego imię wyszyto na uniformie — spojrzał na mnie z szacunkiem, jaki profesjonaliści okazują sobie nawzajem, gdy zauważają niemalże kolizję.
„Uratowałeś mu życie” – powiedział. „Jak długo miał objawy przed leczeniem?”
Spojrzałem w stronę kokpitu, gdzie Caroline stała zbyt blisko kapitana DeMarco, jakby próbowała kontrolować sytuację.
„Jakieś dwadzieścia minut” – powiedziałem. „Mogło być pięć”.
Wyraz twarzy Russella pociemniał. „Skąd to opóźnienie?”
Mężczyzna, który był tym, który złapał przynętę — David, bo jego imię poznałem w tym chaosie — odezwał się.
„Powiedziała, że udaje” – powiedział David ostrym głosem. „Groziła, że aresztuje tę pielęgniarkę za próbę pomocy. Ludzie wszystko nagrywali”.
Russell pokręcił głową z obrzydzeniem.
„Będziemy potrzebować oświadczeń” – powiedział. „To będzie koszmar dla linii lotniczych”.
Położyli Iana na noszach i wywieźli.
Amy dotknęła mojego ramienia.
„Dziękuję” – wyszeptała. „Przykro mi, że byłeś sam”.
Stłumiłem złość, bo w tamtej chwili nie było już na nią miejsca.
Caroline podeszła, a ja zebrałam rzeczy Iana, żeby przekazać je ratownikom medycznym.
„Mam nadzieję, że jesteś przygotowany na konsekwencje” – powiedziała chłodno. „Naruszyłeś wiele federalnych przepisów lotniczych. Ingerowałeś w uprawnienia załogi. Wywołałeś panikę”.
Wstałem i spojrzałem jej w oczy.
„Uratowałem życie dziecka, podczas gdy ty stałeś tam i patrzyłeś, jak umiera” – powiedziałem. „Jedyną osobą, która powinna martwić się konsekwencjami, jesteś ty”.
Jej twarz poczerwieniała ze złości, ale kapitan DeMarco zareagował — siwowłosy, o zmęczonych oczach, wyglądający jak człowiek, który właśnie zdał sobie sprawę, że ktoś pod jego władzą skłamał mu prosto w twarz.
„Pani Brennan” – powiedział ostro – „proszę zgłosić się do biura lotów natychmiast po przylocie do Newark”.
Potem zwrócił się do mnie.
„Proszę pani” – powiedział łagodniejszym głosem – „dziękuję. Z kokpitu trudno to ocenić. Powinienem był zostać powiadomiony wcześniej”.
Nacisk na „powinien” kładziony był na nóż wymierzony prosto w Caroline.


Yo Make również polubił
3 skuteczne wskazówki, jak wybielić pranie bez użycia wybielacza
Niezwykłe Zastosowanie Folii Aluminiowej w Pralce: Trik, który Zmienia Grę!
Skąd tak naprawdę pochodzi kaszanka?
Naturalna Mikstura na Wzmocnienie Odporności – Przepis Babci z Imbirem, Czosnkiem i Miodem