„Ciągle myślę o bateriach modułowych” – powiedziałem mu. „Nie o takich, które tylko magazynują energię, ale o takich, które się ze sobą komunikują. O odporności na poziomie sąsiedztwa”.
Ugryzł placek ziemniaczany, mrużąc oczy. „Jak rozproszona sieć. Ul”.
„Tak” – powiedziałem, czując, że coś we mnie zaskoczyło.
Uśmiecha się. „Okej. To nie tylko dziwne. To… możliwe”.
Pisaliśmy równania na serwetkach. Dyskutowaliśmy o architekturze. Zostaliśmy wyrzuceni, bo poprosiliśmy o kolejną kawę, nie zamawiając deseru.
Rok później siedzieliśmy w wypożyczonym garażu, z rękami ubrudzonymi spawami, budując prototypy, które wyglądały, jakby zostały wyjęte prosto z wystawy w muzeum nauki, której nikt nie sfinansował.
„Myślisz, że twoi rodzice w końcu zrozumieją?” – zapytał pewnego wieczoru Marcus, ocierając pot z grzbietu dłoni.
Wpatrywałem się w niedokończony moduł na stole warsztatowym. „Nie buduję tego dla nich”.
Już samo wypowiedzenie tych słów sprawiało wrażenie kłamstwa.
Bo jakaś mała część mnie, zmęczona, wciąż marzyła o tym, żeby wejść do kuchni mojego dzieciństwa i usłyszeć, jak mój ojciec mówi bez wahania: „Jestem z ciebie dumny”.
W dniu, w którym podpisaliśmy nasz pierwszy duży kontrakt, Marcus krzyczał z radości i kręcił się na krześle jak dziecko.
„Zrobiliśmy to” – powiedział.
Roześmiałam się, od razu otworzyłam telefon i napisałam wiadomość do mamy.
Mam dobre wieści. Dziś duży kontrakt.
Odpowiedziała piętnaście minut później.
Świetnie, kochanie. Możesz mi przypomnieć nazwę swojej firmy?
Wpatrywałem się w ekran, aż obraz zrobił się niewyraźny.
Tego dnia przestałem czekać na uznanie.


Yo Make również polubił
Piccoli pan brioche con gocce di cioccolato: sofficissimi e davvero buonissimi!
Te wolno gotowane kawałki kiełbasy jabłkowej
Stara sztuczka babci może zregenerować chrząstkę kolana
Sałatka z kurczakiem, żurawiną i pekanami