Część 4
Miasto ruszyło dalej, ale Jason tak naprawdę nigdy nie poszedł dalej.
Miał wygląd człowieka, który nosi w kieszeni duchy – nie takie, które nawiedzają, ale takie, które szepczą: „ Nie zatrzymuj się teraz”.
Przez kilka tygodni w barze znów zapanował spokój. Żadnych awantur, żadnych pijaków próbujących szczęścia. Tylko codzienny rytm kawy, deszczu i ludzi udających, że życie nie jest cięższe, niż się wydaje.
Mia przeprowadziła matkę do nowego mieszkania. Aparat tlenowy wciąż szumiał, ale okna wpuszczały poranne światło, a po raz pierwszy od lat przyłapała mamę nucącą podlewającą maleńką roślinkę, którą Jason jakimś sposobem dostarczył jej wraz z dokumentami najmu.
Oczywiście, potem zniknął.
Tak właśnie zrobił Jason. Przybył, naprawił to, co zepsute, i wymknął się, zanim ktokolwiek zdążył zapytać, dlaczego.
Ale pewnej nocy — trzy miesiące później — dzwonek nad drzwiami baru zadzwonił ponownie.
Zbliżała się północ.
Mia wycierała blat, gdy usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się, spodziewając się nieznajomego, i zamarła.
Jason stał w drzwiach, deszcz spływał mu po płaszczu, a wyraz jego twarzy był nieodgadniony.
Serce podskoczyło jej w piersi. „Wróciłeś”.
Skinął lekko głową, rozglądając się po pokoju, jak zawsze. „Kawa nadal okropna?”
Uśmiechnęła się. „To nadal twoja wina, że to wypiłeś”.
Zaśmiał się cicho, chrapliwie, tym cichym, chropawym dźwiękiem, który zdawał się przywracać spokój powietrza. Zajął swoje stare miejsce w kącie – to, gdzie wszystko się zaczęło – a ona nalała mu kawy bez proszenia. Rutynowo, prosto, niemal domowo w swojej swobodzie.
Ale tym razem coś było w nim inaczej. Jego oczy były ciemniejsze, odległe.
Przesunęła kubek przed nim. „Wyglądasz na zmęczonego.”
„Długi tydzień” – powiedział.
“Praca?”
Uśmiechnął się bez humoru. „Coś w tym stylu”.
Nie powiedział nic więcej, ale zauważyła bandaż wystający spod rękawa – białą gazę, ciasno owiniętą. A kiedy sięgnął po cukier, dostrzegła lekką sztywność w jego ruchach. Taka, jaka pojawia się po bólu, o którym się nie mówi.
Mia usiadła naprzeciwko niego, w restauracji było pusto, słychać było jedynie cichy szum lodówki.
„Nie wyglądasz na osobę, którą łatwo zranić” – powiedziała cicho.
Jason mieszał kawę, jego wzrok był rozproszony. „Każdy się zrani. Różnica jest taka, że niektórzy z nas idą dalej”.
„Brzmisz jak człowiek uciekający przed czymś.”
Spojrzał jej w oczy. „Czy kiedykolwiek przestajesz biec, kiedy świat cię dogania?”
Nie odpowiedziała. Nie musiała. Spędziła połowę życia uciekając przed rachunkami, strachem, mężczyznami o okrutnych uśmiechach, wspomnieniami pachnącymi tanim piwem i dymem papierosowym.
„W takim razie rozumiesz” – powiedział cicho.
Na zewnątrz, para reflektorów omiatała okno. Neon w restauracji zamigotał. Spojrzenie Jasona lekko się przesunęło – na tyle, żeby to zauważyła.
„Spodziewasz się gości?” zapytała.
Dopił kawę jednym, powolnym łykiem, po czym sięgnął do kieszeni marynarki i położył na stole złożoną setkę. „Zamknij za mną drzwi.”
„Jason—”
Wstał, jego głos brzmiał cicho. „Po prostu to zrób”.
Zanim zdążyła zapytać, był już na zewnątrz, a jego sylwetka przecinała deszcz niczym duch.
Dwóch mężczyzn czekało przy czarnym sedanie na skraju parkingu. Nie miejscowi – za czyści, za sztywni.
Nie przyszli po ciasto.
Jason podszedł do nich spokojnie, z rękami w kieszeniach.
„Daleko od domu, chłopcy” – powiedział.
Wyższy uśmiechnął się krzywo. „Już nie odbierasz telefonów, Jasonie”.
„Nie wiedziałem, że muszę.”
„Rozkazy się zmieniły” – odpowiedział mężczyzna. „Miałeś pozostać na emeryturze”.
Jason zacisnął szczękę. „Powiedz tym w garniturach, że nie przyjmuję już rozkazów”.
„To tak nie działa” – powiedział mężczyzna, sięgając do kieszeni płaszcza.
Jason ruszył się, zanim mężczyzna dotknął rękojeści swojej broni.
Jeden krok naprzód.
Obrót.
Łokieć w szczękę, skręt nadgarstka i broń z brzękiem upada na ziemię.
Drugi mężczyzna zawahał się – błąd. Jason zamachnął się nogą, przycisnął go do samochodu i powiedział tym samym spokojnym, śmiertelnym tonem: „Powiedz im, że już po mnie. Powiedz im, że jeśli zbliżą się do tej knajpy, przestanę być uprzejmy”.
Potem go puścił. Mężczyzna jęknął, trzymając się za żebra. Drzwi samochodu zatrzasnęły się. Opony rozchlapały wodę, gdy pędem odjechali w ciemność.
Jason stał tam długo, ciężko dysząc, deszcz przesiąkał mu koszulę.
Stare życie. Nowe życie.
Nigdy nie rozstawali się na dłużej.
Kiedy wrócił do środka, Mia stała przy ladzie, blada, ale spokojna.
„Mówiłem ci, żebyś zamknął drzwi” – powiedział.
„Tak. Potem to odblokowałem.”
Prawie się uśmiechnął. „Nie powinieneś był tego robić”.
Skrzyżowała ramiona. „Myślisz, że pozwolę ci krwawić na parkingu po tym wszystkim, co dla mnie zrobiłeś?”
Jason spojrzał w dół — na krew spływającą po kostkach palców, na zmęczoną kobietę, która jakimś cudem wciąż miała ogień w oczach.
„Chyba powinienem był wiedzieć lepiej” – powiedział cicho.
Zabandażowała go w tylnym boksie. Zegar w restauracji tykał cicho między nimi.
„Kim oni byli?” – zapytała.
„Starzy przyjaciele” – powiedział. „Niewłaściwy rodzaj”.
„Czy oni wrócą?”
„Nie dziś wieczorem.”
Przyglądała mu się, szorstkim zmarszczkom na twarzy, delikatnym bliznom, które opowiadały historie, których nie potrafiła sobie wyobrazić. „Robiłeś kiedyś złe rzeczy, prawda?”
Nie zaprzeczył. „Tak. Z dobrych powodów. A potem ze złych”.
„A teraz?”
Spojrzał w górę, jego oczy były łagodniejsze niż kiedykolwiek widziała. „Teraz po prostu staram się zrównoważyć szalę”.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Deszcz za oknem stał się delikatny, niczym przebaczenie.
Kiedy w końcu przerwała ciszę, jej głos był ledwie szeptem.
„Możesz tu zostać, wiesz. To znaczy, nie na zawsze – po prostu… raz”.
Jason patrzył na nią długo. Potem skinął głową. „Tylko raz”.
Został tam trzy dni.
Naprawiła skrzypiące drzwi w barze. Pomogła mamie ustawić telewizor w nowym mieszkaniu. Raz poszła do sklepu spożywczego i wróciła z większymi rzeczami, niż mogła sobie pozwolić — zakupami, kwiatami, nowym czajnikiem.
Dziwne było widzieć, jak taki człowiek jak on potrafi tak spokojnie wpasować się w zwyczajne życie.
Ale czwartej nocy okazało się, że go nie ma.
Żadnego listu.
Żadnego pożegnania.
Tylko mała koperta na ladzie, a w środku srebrny żeton do restauracji – taki, jakiego używa się do piosenek z szafy grającej.
Napisano na nim starannie piórem:
Zagraj coś dającego nadzieję. Usłyszę to, gdziekolwiek będę.
Mia obróciła żeton w dłoni i uśmiechnęła się pomimo bólu w piersi.
Bo niektórzy ludzie nie zostają.
Zostawiają świat trochę lepszym i idą dalej, żeby naprawić kolejną awarię.
A gdzieś za granicą miasta, pod tym samym szarym niebem, Jason szedł inną autostradą, z rękami w kieszeniach i lekkim uśmiechem na twarzy.
Typ człowieka, który nie potrzebował oklasków, sławy ani odpoczynku.
Jedyny cel.


Yo Make również polubił
“Orzeźwiająca Mieszanka Pietruszki i Jabłka – Zdrowy Przysmak pełen smaku”
Ciasto twarogowe w 10 minut, starszy przepis babci
Muszę już iść i zacząć zbierać!
Większość ludzi nie zna zastosowań Vaporub