Część 1
Słowa lekarza zmroziły mi krew w żyłach.
„Pani Brennan, znaleźliśmy ślady trucizny na szczury we krwi pani córki – i to narastało od tygodni”.
Dziwne, jak jedno zdanie może dzielić życie na dwie części: przed i po.
Wcześniej byłam po prostu Jolene Brennan – trzydziestopięcioletnią samotną matką, higienistką stomatologiczną, która pracowała cztery dni w tygodniu, jeździła niezawodną Hondą Civic i starała się wiązać koniec z końcem z odrobiną elegancji i dużą ilością kofeiny.
Potem… zostałam matką otrutego dziecka.
Ten poranek był jak każdy inny.
Spakowałem Meadow lunch – kanapkę z indykiem, plasterki jabłka i sok w kartonie – pocałowałem ją w czoło i machając, wysłałem do szkoły podstawowej Riverside. Odwróciła się na przejściu dla pieszych jak zawsze, uśmiechając się szeroko, jakby miała wybite mleczne zęby.
Ten uśmiech mógłby rozjaśnić najsmutniejszy dzień.
To była też ostatnia normalna chwila, jaką zapamiętałem.
O 14:47 byłam w pracy, zdrapując płytkę nazębną z dolnego zęba trzonowego pacjentki, kiedy Denise, nasza recepcjonistka, wpadła do pokoju. Jej twarz była blada jak ściana, a głos drżał.
„Jolene, musisz natychmiast iść. Dzwonili z Riverside Elementary. Meadow zasłabła na zajęciach plastycznych. Karetka zabiera ją do Peninsula Medical”.
Moje ręce zdrętwiały. Metalowy skaler upadł na tacę.
Nawet nie zdjęłam rękawiczek, wybiegając za drzwi. Denise wcisnęła mi w ręce torebkę i kluczyki do samochodu.
„Idź. My tu się wszystkim zajmiemy” – powiedziała, a jej oczy rozszerzyły się z takim strachem, jaki tylko rodzice potrafią rozpoznać u siebie nawzajem.
Jazda do szpitala to była tylko mgła czerwonych świateł i trąbiących klaksonów. Mój wzrok był ograniczony, a puls bił mi w uszach głośniej niż radio.
Każda myśl rozpłynęła się w jedną mantrę: Proszę, proszę, proszę, niech wszystko będzie z nią dobrze.
Kiedy wjechałem na parking Peninsula Medical Center, ledwo pamiętałem, że zatrzymałem samochód. Wbiegłem przez przesuwane szklane drzwi, zdyszany, krzycząc jej imię.
„Meadow Brennan – moja córka! Gdzie ona jest?”
Pielęgniarka przy biurku wskazała mi pediatryczny oddział ratunkowy. Moje buty skrzypiały na linoleum, gdy pędziłam korytarzem. Zapach środka dezynfekującego palił mnie w gardle.
Gdy dotarłem do zatoki nr 3, zamarłem.
Moja córeczka leżała na noszach, otoczona maszynami, kroplówkami i monitorem, który wydawał jednostajny, okrutny dźwięk.
Jej tęczowa koszulka była rozcięta.
Jej skóra była tak blada, że wydawała się przezroczysta.
Wyglądała… źle. Jakby ktoś wyssał z niej światło słoneczne.
„Pani Brennan?”
Głos lekarza mnie zaskoczył. Podszedł wysoki mężczyzna w zielonym fartuchu, spokojny, ale poważny.
Na jego identyfikatorze widniał napis „Dr Akil Rasheed”.
„Jestem lekarzem prowadzącym” – powiedział łagodnie. „Stan pani córki jest na razie stabilny, ale musimy porozmawiać”.
Zaprowadził mnie do małego gabinetu – zbyt jasnego, zbyt czystego, z wesołymi malunkami wielorybów na ścianach, które nagle wydały mi się obsceniczne. Usiadł naprzeciwko mnie, trzymając tablet z wykresami i liczbami, których nie mogłam przetworzyć.
„Enzymy wątrobowe pani córki są znacznie podwyższone” – wyjaśnił. „Jej krew nie krzepnie prawidłowo. Te objawy są zgodne z zatruciem systematycznym ” .
Zamrugałam, słowa nie do końca zrozumiały.
„Zatrucie? Masz na myśli zatrucie pokarmowe?”
Pokręcił głową. „Nie, pani Brennan. Zatrucie chemiczne”.
Serce mi zamarło. „To niemożliwe. Ma siedem lat. Nie dotyka środków czystości. Nie mamy nawet ogródka na pestycydy”.
„Czy miałaby dostęp do innego środowiska? Krewnych? Niani?”
I wtedy poczułem ucisk w żołądku.
Francine.
Jej babcia.
Moja była teściowa.
„Spędza weekendy z babcią” – powiedziałem powoli. „Francine Holloway. Ale ona jest… ostrożna. Prasuje pościel, na litość boską”.
Doktor Rasheed skinął głową, robiąc notatki. „Nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Proszę do niej zadzwonić. Zapytaj, co Meadow jadła w ten weekend”.
Moje ręce drżały, gdy wybierałem numer.
Francine odebrała po drugim dzwonku, jej głos był jak zawsze gładki i uprzejmy.
„Jolene, kochanie. Co za niespodzianka”.
Zmusiłam się do spokojnego tonu. „Francine, Meadow jest w szpitalu. Zemdlała w szkole. Lekarze podejrzewają, że to mogło być coś, co zjadła. Co jadła u ciebie w ten weekend?”
Chwila ciszy.
„Dlaczego mnie o to pytasz?” Jej ton stał się ostrzejszy. „Jadła zdrowe posiłki, jak zawsze. Świeże owoce, warzywa z mojego ogrodu. Na pewno nic szkodliwego”.
„Francine, proszę. To poważna sprawa.”
„Może powinnaś rozejrzeć się za swoim domem, Jolene” – powiedziała lodowato. „Wiesz, że zawsze martwiłam się, jak bardzo jesteś zajęta”.
I się rozłączyła.
Kiedy wróciłam do pokoju Meadow, jej oczy były otwarte – szkliste, nieostre, ale rozbudzone.
„Mamo” – wyszeptała – „boli mnie brzuszek. Jak wtedy, gdy piję babcine koktajle. Tylko gorzej”.
Lekarz gwałtownie podniósł głowę.
„Koktajle?”
Skinęła słabo głową. „Babcia mówi, że są pełne miłości i witamin. Zielone. Mówi, że po nich rosnę jak słonecznik”.
Wyraz twarzy doktora Rasheeda stwardniał.
Wyszedł i wrócił po kilku minutach.
„Przeprowadzamy badanie toksykologiczne na obecność rodentycydów ” – powiedział. „A konkretnie brodifakum – związku występującego w trutce na szczury”.
Kolana się pode mną ugięły.
„Myślisz, że ktoś dał mojemu dziecku trutkę na szczury? ”
„To właśnie musimy ustalić.”
Wyniki testu nadeszły dwie godziny później.
Pozytywne.
Brodifakum we krwi wykryto w stężeniach wskazujących na wielokrotną ekspozycję trwającą co najmniej sześć tygodni.
„To nie przypadek” – powiedział cicho dr Rasheed. „Ktoś podawał pani córce odmierzone dawki – wystarczające, żeby ją rozchorować, a nie zabić”.
I tak oto każdy słodki weekend u babci — ciasteczka, koktajle, spacery po ogrodzie — zamienił się w dowód.
W każdy piątek o 16:00 patrzyłem, jak ten biały buick podjeżdża pod nasze mieszkanie. Francine, elegancka jak zawsze, wysiadała w wyprasowanych spodniach i kardiganie. Meadow piszczała, wpadała jej w ramiona i odjeżdżały, a samochód sunął jak w scenie z reklamy.
Teraz wiedziałem, że każde pożegnanie oznaczało skierowanie mnie do piekła.
Detektyw Ramon Vega przybył przed północą. Wczesny czterdziestolatek, schludny, o bystrym spojrzeniu złagodzonym empatią.
Przedstawił się cicho, usiadł naprzeciwko mnie i otworzył wytarty skórzany notes.
„Pani Brennan, zadam pani kilka trudnych pytań” – powiedział. „Muszę wiedzieć, kto miał regularny dostęp do pani córki”.
„Tylko ja i Francine” – powiedziałam. „Mój były mąż Wyatt przeprowadził się na Alaskę kilka miesięcy temu. Nie jest już częścią jej życia”.
Detektyw skinął głową. „Opowiedz mi o Francine”.
Zawahałam się. Jak mogłabym opisać taką kobietę?
Uprzejma. Kontrolująca. Osoba, która potrafi zamienić uśmiech w broń.
„Obwiniła mnie za rozwód” – powiedziałem w końcu. „Powiedziała, że to ja doprowadziłem Wyatta do picia. Ale ona kocha Meadow. Albo…” – głos mi się załamał – „udawała”.


Yo Make również polubił
Rolada szwajcarska z nadzieniem czekoladowym
Sekret łatwego oglądania wszystkich kanałów telewizyjnych za darmo
Do mleka wlewam oliwę ❗️ Nie kupuję jej już w sklepach. Łatwe i szybkie Szczegóły w pierwszym komentarzu:
„Brioszka z Kremem i Rodzynkami: Przepis na Kruche Ciasto Pełne Smaku”