CZĘŚĆ 1 

Gdybyś w tamten wtorek po południu szedł przejściem w samolocie lotu 447 z Chicago do Los Angeles , zobaczyłbyś go w rzędzie 8, miejscu C — mężczyznę, który wyglądał jak ostatnia osoba, po której spodziewałbyś się, że uratuje prawie 300 dusz.

Leżał bokiem w jasnoszarej bluzie z kapturem, z założonymi rękami, brodą wtuloną w klatkę piersiową, oddychając głęboko i równomiernie. Jego dżinsy były znoszone, buty porysowane, twarz nieogolona. Jego włosy – siwo-pieprzne i za długie – ocierały się o kaptur.

Nie wyglądał na bogatego.
Ani ważnego.
Ani niebezpiecznego.
Ani błyskotliwego.

Wyglądał jak człowiek, który albo za długo nie spał, albo za ciężko pracował, albo przez zbyt wiele lat dźwigał coś zbyt ciężkiego.

Nazywał się Marcus Reynolds , miał 45 lat.

Dla 286 pozostałych pasażerów był nikim.

Po prostu zmęczony człowiek śpiący wśród monotonnego buczenia Boeinga 777, który krążył na wysokości 38 000 stóp .

Nie wiedzieli, że jego ręce kiedyś sterowały najgroźniejszym samolotem na Ziemi.
Nie wiedzieli, że jego oczy wpatrywały się w alarmy namierzania rakiet.
Nie wiedzieli, jakie koszmary go prześladowały za każdym razem, gdy zamykał te same oczy.

Nie wiedzieli, że za niecałą godzinę będzie on jedyną przeszkodą stojącą między życiem a śmiercią każdej osoby znajdującej się w samolocie.

Kapitan Sarah Mitchell , 38-letnia kobieta z dwunastoletnim doświadczeniem w lotnictwie komercyjnym, właśnie zakończyła instruktaż drugiego pilota, pierwszego oficera Jamesa Cartera , na temat zbliżającej się formacji meteorologicznej.

Rozmawiano o warstwach chmur, ścinaniu wiatru i przewidywanych wzorcach turbulencji.

„Jeśli zmienimy kurs, będziemy potrzebować pomocy dwóch osób” – powiedziała Sarah, regulując ekran radaru.

James otworzył usta, żeby odpowiedzieć.

Zamiast tego —
Jego ręka powędrowała do piersi.

Jego oczy rozszerzyły się.

Zaparło mu dech w piersiach.

„Sarah…” wykrztusił głosem zduszonym ze strachu.

Następnie osunął się na deskę rozdzielczą.

„James? James!”

Sarah chwyciła go i mocno potrząsnęła.

Jego skóra była blada.
Usta niebieskie.
Oczy szkliste.

Szarpnęła schowka nad głową, wyrwała apteczkę i krzyknęła do telefonu w kabinie:

„Natychmiast potrzebuję pomocy medycznej w kokpicie!”

Stewardesy pobiegły naprzód.

Lekarz — dwa rzędy dalej — podbiegł do nich.

Rozpoczęto resuscytację krążeniowo-oddechową.

Uciskanie klatki piersiowej.
Brak tętna.
Brak reakcji.

Czas rozciągnął się w duszącą wieczność.

W końcu lekarka podniosła wzrok z ponurym wyrazem twarzy, który Sarah widziała dotąd tylko raz — w Afganistanie, gdy latała w ewakuacji medycznej dla sił powietrznych.

„Już go nie ma.”

Sarah poczuła ucisk w gardle.

Jej drugi pilot zniknął.
Jej partner.
Jej druga para rąk.
Jej zapasowe zabezpieczenie.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama