Część II:
Do południa na oddziale chirurgicznym panował ruch – pielęgniarki przygotowywały tace, anestezjolodzy przeglądali karty, perfuzjoniści kalibrowali płucoserce.
Dr Elizabeth Carter stała w centrum tego wszystkiego, spokojna i opanowana, a jej biały fartuch zastąpiono chirurgicznym uniformem.
Miała już do czynienia z niezliczonymi przypadkami wysokiego ryzyka, ale ten wydawał się inny – cięższy, bardziej dotkliwy.
Może dlatego, że tym razem pacjentem na stole był mężczyzna, który nauczył ją budować mury zamiast mostów.
Ponownie przejrzała skany na tablecie. Tętniak rozprzestrzenił się dalej, niż się spodziewano. Ściana aorty była niebezpiecznie cienka w pobliżu korzenia, a ryzyko rozwarstwienia wysokie.
Standardowa wymiana korzenia z zachowaniem zastawki mogła nie wystarczyć. Mogła być zmuszona do głębszego wszczepienia – na obszar, na którym próbowała zaledwie dwa razy.
Jej mentorka, dr Sarah Mitchell , weszła cicho, trzymając dwie kawy.
„Jesteś pewna, że chcesz to zrobić sama?” zapytała Sarah, podając jej jedną.
Beth nie przyjęła tego. „On nie ma czasu na transfer. Wiesz o tym”.
„Nie o to pytałem.”
Beth podniosła wzrok. „To mój pacjent”.
„To twój ojciec.”
Beth zacisnęła szczękę. „Nie dzisiaj”.
Sarah przyglądała jej się przez chwilę, po czym westchnęła. „Za bardzo przypominasz mi mnie samą, kiedy byłam w twoim wieku. Zawsze próbowałam naprawiać rzeczy, które nie powinny były się zepsuć”.
Beth wróciła do skanów. „Zostałam chirurgiem, żeby naprawić to, co ludzie uważali za nie do naprawienia”.
Sarah odstawiła kawę i patrzyła na nią. „Nie musisz mu niczego udowadniać”.
Beth w końcu spojrzała na swojego mentora. „Nie robię tego dla niego. Robię to dla siebie. Żeby udowodnić, że mogę uratować nawet kogoś, kogo mam wszelkie powody, żeby nienawidzić”.
Sarah uśmiechnęła się smutno. „To najtrudniejszy rodzaj operacji”.
W pokoju zabiegowym Beth wykonywała wszystkie czynności – mydło, szczotkowanie, płukanie – metodycznie, w zamyśleniu.
Jej odbicie w lustrze wyglądało obco.
Te same przenikliwe oczy, ten sam zdecydowany wyraz twarzy – i, jak uświadomiła sobie z bólem, te same rysy twarzy co mężczyzna leżący na jej stole operacyjnym.
James pojawił się w drzwiach. „Doktorze Carter, on prosi o spotkanie z panem, zanim go przyjmiemy”.
Beth nie podniosła wzroku. „Powiedz mu, że zobaczę się z nim później”.
„Mówi, że to ważne” – powiedział cicho James. „Na wypadek, gdyby się nie obudził”.
Beth zamarła, woda wciąż spływała jej po dłoniach. Oczywiście, że chciał mieć ostatnie słowo. Robert Carter zawsze chciał.
Zamknęła kran, osuszyła ręce i ruszyła w stronę sali przedoperacyjnej, czując, że każdy krok jest cięższy od poprzedniego.
Wyglądał na mniejszego niż wcześniej — blady w świetle szpitalnych świateł, zmarszczki na twarzy głębsze, jego niegdyś dominująca postawa zredukowana do kruchości i rurek.
„Chciałeś ze mną porozmawiać?” zapytała Beth, zatrzymując się u stóp jego łóżka.
Robert skinął słabo głową. „Chciałem przeprosić”.
Beth nic nie powiedziała. Czekała dziesięć lat, żeby usłyszeć te słowa. A teraz, na progu operacji, wydawały się niemal bez znaczenia.
„Za to, że cię wyrzuciłem” – kontynuował ochrypłym głosem. „Za to, że powiedziałem ci, że medycyna jest poniżej twojej godności. Myliłem się”.
Beth skrzyżowała ramiona. „Dlaczego teraz? Czemu nie, kiedy zostałam naczelną? Albo kiedy opublikowałam swoją pierwszą gazetę? Po co czekać, aż będziesz mnie potrzebować, żeby uratować ci życie?”
Przełknął ślinę. „Bo byłem dumny. Zbyt dumny. Wmówiłem sobie, że ci się nie uda. Że wrócisz na kolanach, prosząc o poprowadzenie firmy. Kiedy tego nie zrobiłeś, nie wiedziałem, jak ci się przeciwstawić”.
Beth zaśmiała się cicho – gorzko, zmęczona. „Zniszczyłeś mnie, ojcze. Rozumiesz? Zostawiłeś mnie bezdomną w wieku siedemnastu lat. Pracowałam na stacji benzynowej, spałam w schronisku, zaciągnęłam pożyczki, które będę spłacać do śmierci. Wiedziałeś o tym wszystkim. Twoja sekretarka powiedziała mi, że to wszystko notowałeś”.
Robert odwrócił wzrok. „Myślałem… Myślałem, że musisz się uczyć. Ta walka uczyni cię silniejszym”.
„Gratuluję” – powiedziała cicho. „Zadziałało”.
Spojrzał w górę, jego oczy błyszczały. „Masz rację. Byłem okrutny. Myliłem się. Ale ty stałaś się niezwykła. I ja… jestem z ciebie dumny, Elizabeth”.
Zesztywniała. „Nie nazywaj mnie tak”.
„Mówię poważnie.”
„Nie obchodzi mnie to” – powiedziała, odwracając się w stronę drzwi. „Nie robię tego dla twojej aprobaty. Robię to, bo jestem chirurgiem. Bo złożyłem przysięgę”.
Zatrzymała się w drzwiach. „Pytałeś, dlaczego zostałam lekarzem, skoro mi przerwałeś? Bo nauczyłeś mnie, że jedyną akceptacją, jakiej kiedykolwiek potrzebowałam, była moja własna”.
Odwróciła się zanim zdążył odpowiedzieć.
Za nią jego głos przerwał ciszę:
„Twoja matka byłaby dumna”.
Beth zamarła. Gardło jej się ścisnęło.
„Nie” – wyszeptała.
„Zrobiłaby to” – powiedział drżącym głosem. „Wierzyła w ciebie. Nawet kiedy ja nie wierzyłem”.
Pierś Beth ściskało się z bólu od wspomnień, które pogrzebała – delikatnych dłoni matki, jej śmiechu, zapachu jej perfum i sposobu, w jaki szeptała: Możesz być kim chcesz, Beth.
Beth odeszła zanim całkowicie się załamała.
Dwie godziny później w sali operacyjnej zapaliły się światła.
Powietrze było sterylne, przesiąknięte antyseptyką i adrenaliną.
Zespół Beth poruszał się z wyćwiczoną sprawnością – anestezjolog, pielęgniarki, perfuzjonista, a u jej boku rezydent James. Wszyscy wiedzieli, kim jest pacjent. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza.
„Zaczynajmy” – powiedziała spokojnym głosem. „Mamy tętniaka aorty wstępującej sięgającego korzenia. Wykonamy zmodyfikowaną wymianę korzenia z zachowaniem zastawki. Przewidywany czas: dziewięć godzin”.
“Zrozumiany.”
Anestezjolog potwierdził funkcje życiowe.
„Wszyscy stabilni. Gotowi do nacięcia”.
Beth spojrzała na pierś ojca — serce, które dało jej życie i do którego przez dziesięć lat żywiła urazę.
„Skalpel” – powiedziała.
I wtedy wykonała pierwsze cięcie.
Pierwsze trzy godziny były bezbłędne.
Jej ruchy były precyzyjne, niemal mechaniczne. Zespół funkcjonował jak dobrze zestrojona orkiestra – każdy instrument w harmonii.
Ujawnili tętniaka, wyizolowali chory segment, przygotowali przeszczep.
Beth pracowała z takim skupieniem, jakie można osiągnąć tylko dzięki wieloletniej praktyce – samotnym nocom w rezydenturze, operacjom, w których niepowodzenie nie wchodziło w grę.
„Przygotowuję się do zaciśnięcia aorty” – powiedziała.
„Parametry życiowe stabilne” – potwierdził anestezjolog.
Założyła zacisk. Dopływ krwi do tętniaka ustał. Życie jej ojca zależało teraz wyłącznie od maszyn i jej rąk.
Wtedy to zobaczyła.
„Do cholery” – szepnęła.
Rozwarstwienie sięgało dalej, niż pokazało obrazowanie – głęboko do łuku aorty. Planowana naprawa nie powiodła się.
James pochylił się. „Nie możemy zastosować pierwotnego podejścia, prawda?”
Beth pokręciła głową. „Tkanka jest zbyt delikatna. Jeśli cokolwiek z tego nie zostanie naprawione, pęknie ponownie w ciągu kilku miesięcy”.
„A więc jaki jest plan?”
„Kompletna naprawa łuku” – powiedziała.
James zawahał się. „To oznacza zatrzymanie krążenia”.


Yo Make również polubił
Po co nacierać twarz pomidorami? Korzyści ze spożywania pomidorów dla skóry.
przepis na borek Składniki na przepis na kluski mielone dmuchane ręcznie
Robisz to wszystko źle. Oto właściwy czas, aby zjeść wszystko 🕒🍎
Unikaj katastrofy: 9 urządzeń, których nigdy nie powinieneś podłączać do listwy zasilającej